Warto powsłuchiwać się w tujki

O zoopolis i ZOEpolis, języku, polityce i granicach z Małgorzatą Gurowską i Agatą Szydłowską rozmawia Aleksandra Litorowicz

 

Aleksandra Litorowicz: Naszą rozmowę o wspólnocie ludzko-nie-ludzkiej[1] chciałabym zacząć w sposób typowy dla człowieka – egocentrycznie. Porozmawiajmy o człowieku. Budujemy miasta dla człowieka. Eksplorujemy i eksploatujemy Ziemię w paradygmacie czysto antropocentycznym. Tak samo produkujemy i konsumujemy. I właściwie – dlaczego? Dlaczego człowiek jest taki wyjątkowy?

Małgorzata Gurowska: Sama się nad tym zastanawiam. Ostatnio trafiłam na felieton opisujący, jak inne zwierzęta uczą się porozumiewać z człowiekiem i się do niego dostosowywać. Niektóre gatunki małp są w stanie nauczyć się języka migowego, a delfiny celowo nadają komunikaty na częstotliwościach słyszalnych dla ludzi. Natomiast człowiek… Nie opanowaliśmy dotąd języka innych zwierząt, mamy więc dużo do nadrobienia.

Agata Szydłowska: Wrócę do twojego pytania: dlaczego człowiek jest taki ważny? Bo może. Wiele w tym zakresie zrobiła nowoczesność, która oddzieliła nas – jak się teraz okazuje bardzo pozornie – od tak zwanej przyrody, na poziomie zarówno idei, jak i organizacji życia czy infrastruktury. Dała nam także ułudę, że możemy czy wręcz powinniśmy działać na własną rękę, a wszystkie inne gatunki brać pod uwagę tylko wówczas, gdy są dla nas zasobem albo psują nam szyki. W tym zawiera się też opaczne rozumienie takich pojęć jak ewolucja, rozwój czy walka o byt. Cały splot ideologii, w tym nowoczesny podział na kulturę i naturę, wprawił nas w przekonanie, że jesteśmy z gruntu różni i inni od natury, w związku z czym powinniśmy przede wszystkim dbać o własny interes. To, że silniejsi muszą wygrywać, też jest rzekomo „naturalne”, choć de facto jest to cyniczna instrumentalizacja tego, co wybieramy sobie z porządku natury – na przykład walkę o byt, która ma uzasadniać przemoc.

ZOEpolis, dzięki uprzejmości autorek

Część kultur nieeuropejskich w ogóle nie wykształciła czy też nie wyodrębniła pojęcia natura”. Mam wrażenie, że nie wiedzielibyśmy nawet, gdzie zacząć, żeby przestać myśleć i działać przez pryzmat tego dualistycznego podziału.

A.S.: To prawda, on jest mocno zakorzeniony w naszej kulturze. Oczywiście zwykle pojawia się jakiś przypis, że jest umowny, że trzeba go kwestionować, ale nawet mnie podczas tej rozmowy bardzo trudno przychodzi ignorowanie go. Z drugiej strony na każdym kroku okazuje się, jak bardzo jest fikcyjny, a jednocześnie jak mocno organizuje nasze myślenie. Widzimy to w doświadczeniu jednostki, ale też grup i społeczeństw. Bo kiedy cały świat zmaga się z koronawirusem, jak możemy mówić, że natura jest czymś odrębnym od kultury? Z którego świata jest COVID-19? To w ogóle interesujący patogen, bo swobodnie przemieszcza się między ludźmi a innymi zwierzętami. Jest więc bardzo międzygatunkowy, co – nie ukrywajmy – jest dla nas dość niekorzystną sytuacją.

Chciałabym wrócić do kwestii ludzko-nie-ludzkiego komunikowania się. Dlaczego do tej pory nie opanowaliśmy żadnego pozaludzkiego języka?

A.S.: Ponieważ nie widzimy w tym zysku. Inwestujemy w badania, które będą nam się później opłacać, a rzadko uzyskujemy finansowanie na te bezinteresowne, wynikające z czystej ciekawości. Oczywiście ten zysk ma dotyczyć człowieka albo przełożyć się na coś dobrego dla ludzi – na przykład wiedzę pozyskaną podczas badania sposobów komunikowania się innych zwierząt czy roślin przekładamy na rozwój sztucznej inteligencji, komputeryzację czy tworzenie urządzeń dla osób z niepełnosprawnościami, między innymi osób niewidzących.

Przechodząc na bardziej filozoficzny poziom, sięgnijmy po teorię Joanny Bednarek zawartą w książce Życie, które mówi. Nowoczesna wspólnota i zwierzęta. Jeśli wspólnota polityczna obejmuje jedynie tych, którzy porozumiewają się za pomocą języka, to wyklucza inne zwierzęta czy rośliny. Joanna Bednarek to kwestionuje i dowodzi, że one też mają swoje języki, tylko zupełnie inne. Dlatego być może nie chodzi wcale o to, byśmy tłumaczyli sam język i wynaleźli na przykład jakiś translator w smartfonie; bez znajomości systemu wartości, kultury i problemów rozszyfrowanie samego języka będzie bowiem oznaczało zrozumienie jedynie ułamka komunikatu.

M.G.: Chodzi raczej o zauważanie i uznanie tego wielogłosu, o empatię i komunikację we współdziałaniu. Na podstawie jedynie uważnej obserwacji, nawet bez naukowych narzędzi, jesteśmy w stanie pozyskać informacje, które mogą nam pomóc w bardziej równościowym współbyciu z innymi gatunkami. Wiele kultur, które nie oddzielały kultury od natury, jakoś ten problem rozwiązało. Nie znaczy to, że są w stanie doskonale odszyfrować, co mówią kojot czy wilk, ale w jakiś sposób się z nimi komunikują – na tyle, na ile jest to potrzebne. I zauważają ich potrzeby.

ZOEpolis, dzięki uprzejmości autorek

Poza komunikowaniem się mamy także kwestię politycznej reprezentacji przyrody, czyli rzecznictwo, mówienie w jej imieniu, nadawanie jej praw. Taką reprezentację zakładają dwie teorie, do których często się odnosicie: zoopolis Willa Kymlicki i Sue Donaldson oraz parlament rzeczy Bruno Latoura.

A.S.: Zoopolis, czyli polityczna teoria praw zwierząt, jest kompletna, dopięta na ostatni guzik i niemal gotowa do wdrożenia. Uwzględnia wiele rzeczy, które mogą się wydarzyć po drodze, w tym konflikty. Nie znaczy to oczywiście, że jest to koncepcja idealna; ważnym zastrzeżeniem jest choćby to, że dotyczy wyłącznie zwierząt. Dzieli je na trzy grupy, które odpowiadają relacjom człowieka i innych zwierząt. Mamy więc zwierzęta udomowione, czyli takie, które oswoiliśmy i traktujemy jako towarzyszy czy towarzyszki albo hodujemy. Jesteśmy za nie odpowiedzialni, bo one sobie bez nas nie poradzą. Te zwierzęta powinny otrzymać prawa obywatelskie. Druga grupa to zwierzęta w jakimś sensie z nami związane, bo na przykład wyjadają z naszych śmietników, ale nie musimy się nimi bezpośrednio opiekować – zresztą one wcale tej opieki nie chcą. Trzecia grupa to natomiast dzikie zwierzęta, czyli „suwereni”. Powinniśmy zostawić je w spokoju i najlepiej, jeśli nie będą miały z nami nic wspólnego.

Kymlicka i Donaldson tworzą analogię z prawami, jakie mają różni ludzie w kontekście polityki międzynarodowej. Mamy zatem obywateli; mamy osoby, które na przykład nas odwiedzają, chociażby turystów – nie mają oni pełni praw obywatelskich, ale mogą liczyć na opiekę, ochronę i szacunek. Trzecia grupa to osoby z krajów, z którymi dane państwo nie utrzymuje kontaktów dyplomatycznych. Najlepiej, żeby ci ludzie żyli sobie „gdzieś tam”, choć oczywiście wciąż należą im się na przykład prawa człowieka – my zaś nie mamy prawa naruszać ich terytoriów ani ingerować w ich życie.

Poprzez te analogie Kymlicka i Donaldson tworzą kompleksową koncepcję praw zwierząt, włączającą je do społeczeństwa. Uważają, że polityczna reprezentacja zwierząt powinna mieć charakter analogiczny do reprezentacji politycznej ludzi, którzy z różnych powodów nie mogą o sobie stanowić, bo na przykład są niemowlętami czy osobami z niepełnosprawnościami intelektualnymi. W koncepcji obywatelstwa zwierząt pojawia się wiele pułapek związanych między innymi z pracą czy wyrażaniem zgody na przykład na sterylizację albo po prostu na zamieszkanie w czyimś domu.

M.G.: Dość kontrowersyjnym przykładem, z którym nie zgadza się na przykład Hanna Mamzer, jest kwestia naszych kocich towarzyszek i towarzyszy. Koty mieszkają z nami, ale gdy wychodzą na dwór, często polują na ptaki. Skoro jesteśmy za nie odpowiedzialni, nie możemy pozwalać, żeby zabijały inne zwierzęta. Kymlicka i Donaldson uważają, że to nasza odpowiedzialność, Hanna Mamzer dowodzi natomiast, że nie jest to w porządku wobec kotów, bo polowanie leży w ich naturze – i nic nam do tego.

A.S.: Dla mnie najciekawszymi momentami są właśnie te dotyczące konfliktów. Nie łudźmy się – te relacje często będą konfliktowe, podobnie jak między ludźmi, tylko w tym drugim przypadku zazwyczaj radzimy sobie bez przemocy. To, że zamykam drzwi domu przed potencjalnym złodziejem, nie jest równoznaczne z zastawianiem na niego pułapek, żeby połamał sobie nogi i się pokaleczył. Po prostu nie może wejść, bo drzwi są zamknięte.

Bruno Latour uważa natomiast, że powinniśmy stworzyć parlament rzeczy, rozszerzający tę wspólnotę o inne byty, takie jak lasy, góry czy rzeki, które również powinny mieć swoją reprezentację.

M.G.: To już funkcjonuje, choć szczątkowo – na przykład rzeka, która otrzymuje podmiotowość, czy drzewo, które posiada samo siebie. Prawa przyrody wpisano do konstytucji Ekwadoru, choć niestety w praktyce niewiele to podobno zmienia, bo Puszcza Amazońska jest wciąż dewastowana przez firmy wydobywające ropę naftową. Jest to jednak przykład woli politycznej czerpiącej z rdzennej kultury, tradycji i przekonań dotyczących relacji ludzko-nie-ludzkich oraz przekładającej je na konstytucję nowoczesnego państwa. Naszym zdaniem parlament rzeczy jest koncepcją możliwą do zrealizowania, oczywiście przy odpowiedniej woli politycznej.

W Polsce z inicjatywy prawniczek i prawników powstaje właśnie fundacja „W imieniu”, która ma wspierać polityczną reprezentację nie tylko zwierząt, lecz także szeroko pojętej przyrody. Przysłuchiwanie się przyrodzie i ćwiczenia z empatii to jedno, a komunikowanie się w jej imieniu na polu prawnym to drugie – jest to po prostu bardzo potrzebne. Chociaż musimy też pamiętać o tym, że wciąż funkcjonujemy w ramach prawnych państwa polskiego, które są takie, jakie są. Prawniczki i prawnicy muszą tak zinterpretować istniejące przepisy, żeby były one korzystne dla innych gatunków. Potrzebna jest też nieustanna praca polityczna na rzecz tego, żeby zmieniać te regulacje i powoli przesuwać granice.

ZOEpolis, dzięki uprzejmości autorek

Chodzi zatem o mozolne zmienianie narracji, zarówno w prawie, jak i w naszych głowach. Nie zliczę, ile razy zostałam obśmiana, gdy próbowałam rozmawiać o bioróżnorodności w miastach – że pewnie chcę zapraszać do miasta hordy niebezpiecznych zwierząt, że dziki przejmą nasze ogrody albo wręcz nas stratują. I że będziemy musieli im umykać w drodze do samochodu. Tymczasem Wy pokazujecie, że te relacje nie muszą być utopią, i na pewno będą zasadzały się na konflikcie. Bo spotkania z Innym chyba w ogóle nie są łatwe.

M.G.: To, o czym mówisz, to jest problem z wyobraźnią i trzeźwym oglądem. Rozejrzyjmy się, z jakimi zwierzętami mamy do czynienia na co dzień. To jest gołąb, wróbel, mewa, jeż, szczur, mrówka. To są ci nasi towarzysze oraz towarzyszki – i choć nie są zbyt spektakularne, to z nimi mamy najpierw się układać i to one jako pierwsze wchodzą na miejskie place. Dlatego tak ważna jest praca biolożek i biologów, którzy inwentaryzują parki czy tereny zielone w miastach, i sprawdzają, kto tak naprawdę tam mieszka. Na przykład w warszawskim parku Skaryszewskim takie badania robił zespół profesora Macieja Luniaka, biologa. To jest punkt wyjścia do rozmowy o innych zwierzętach w mieście.

A.S.: Mówienie o „zagrożeniu dzikiem” wydaje mi się podobnie podszyte irracjonalnym lękiem i uprzedzeniami jak mówienie o rzekomym zagrożeniu inwazją islamu w Polsce. Musimy jakoś ułożyć sobie relacje z Innymi: zarówno tymi ludzkimi, jak i nie-ludzkimi. Zawsze będzie jakiś konflikt, tak samo zresztą jak w przypadku ludzi – to nie jest disneyowska bajka. Nie chodzi też o to, żeby relacje społeczne i międzygatunkowe puścić na żywioł. Mocno wybrzmiewa tu też ideologia pilnowania granic. Zwróć uwagę na to, jak o granicach mówią urzędnicy czy politycy. Tak jakby trzeba było strzec granic naszych miast, bo tam czai się jakieś niebezpieczeństwo w postaci dzika czy lisa, a jeśli otworzymy granice, to ta horda nas zaleje i zarazi chorobami. To jest dokładnie taka sama ksenofobiczna narracja jak w przypadku nacjonalistycznych dyskursów wokół tematu uchodźców i uchodźczyń. Po pierwsze, szczelne granice nie istnieją. Po drugie, te dzikie zwierzęta wcale nie chcą się rozpanoszyć na ulicy Marszałkowskiej, bo środek miasta to nie jest dla nich optymalne środowisko życia.

M.G.: Kolejny problem dotyczy tego, że tak naprawdę to my zajmujemy ich terytoria, nie na odwrót. To my budujemy szosy prowadzące przez ich siedliska. One nie przychodzą i nie kolonizują placu Bankowego, nie chcą nam zabrać naszego „bogactwa”. Jeśli zwierzęta przychodzą to miast, to tylko dlatego, że zabraliśmy ich terytoria, skolonizowaliśmy je i wyzyskaliśmy.

ZOEpolis, dzięki uprzejmości autorek

Czy myślicie, że pandemia wzmacnia takie postawy? Funkcjonuje teraz kilka narracji wokół tego tematu, między innymi taka, która głosi, że jako ludzkość doświadczamy właśnie kary, że za głęboko się te ludzko-nie-ludzkie porządki przecięły, że zjedliśmy nietoperza z targu, że za bardzo kombinowaliśmy przy tym świecie i za mocno się w nim rozpychaliśmy.

A.S.: To prawda, istnieje związek między naszą rabunkową polityką wobec innych zwierząt i przyrody a pandemią COVID-19. Naukowcy argumentują, że spadek bioróżnorodności, do którego się przyczyniamy, mocno naraża nas na rozwój patogenów.

M.G.: Drugą, bardziej bezpośrednią przyczyną jest wchodzenie przez ludzką cywilizację w siedliska zwierząt i przesuwanie granic. Nie rozważałabym tego w kategoriach moralnych, bo świat nie działa tak, że jest wina i kara. Są to po prostu konsekwencje tego, jak człowiek zachowuje się na Ziemi. Gdybyśmy byli mądrzejsi jako gatunek i uczyli się na błędach, moglibyśmy wyciągnąć z tego wniosek, że jest to niestety konsekwencja naszej ekspansywnej polityki. Nie byłabym tu jednak optymistką. Konsekwencją pandemii jest raczej otorbianie się, izolowanie i dbanie przede wszystkim o własny interes. Z lęku rodzi się jeszcze większa agresja i przemoc, jak w przypadku norek, na które miał przejść koronawirus. Nie zastanawialiśmy się wtedy nad tym, że może nie powinniśmy hodować norek na futra, tylko doszliśmy do wniosku, że trzeba je wszystkie powybijać.

Bo znowu coś nam zagraża.

A.S.: Tak. Podobnie jak zamykamy się w ustalonych granicach państwowych, zamykamy się też jako gatunek, który trzeba chronić na pierwszym miejscu.

M.G.: Pilnowanie granic państwowych też samo w sobie ma międzygatunkowe konsekwencje. Budując mur i zasieki mające uniemożliwić przechodzenie imigrantów, tworzymy też zaporę nieprzekraczalną i niebezpieczną dla innych gatunków. W ogóle nie bierzemy tego pod uwagę. To niesamowite, że myślimy tylko w tych stricte ludzkich kategoriach.

Wszystko jest ludzkie. Prawo jest ludzkie, miasta są ludzkie, granice są wyznaczane przez człowieka. Możemy w różnych kontekstach uzasadniać obecność zwierząt, ich obecność, ale to cały czas jesteśmy „my”, nasza perspektywa i nasze przyzwolenie. Bardzo trudno od tego uciec. Mówię o tym, bo Wy już od dawna działacie w ludzko-nie-ludzkich tematach – poprzez wystawy, książki i refleksję naukową. Czy można powiedzieć, że nastąpił praktyczny, a nie tylko teoretyczny zwrot ku zwierzętom i roślinom?

A.S.: Małgosia znacznie dłużej działa na tym polu, ja trochę krócej. Ale faktycznie, kiedy w 2017 roku zaczynałyśmy ZOEpolis wystawą w galerii Dizajn BWA Wrocław, to gdy o tym rozmawiałyśmy z różnymi osobami spoza środowiska ochrony przyrody czy praw zwierząt, padały pytania, czy będziemy pokazywać ubranka dla psów. W najlepszym wypadku budki lęgowe. Od tego czasu naprawdę sporo się wydarzyło – mam wrażenie, że w tej chwili jest to główny nurt, i nie chodzi tylko o empatyczne projektowanie dla roślin i zwierząt.

M.G.: Bardzo wiele zmienił rok 2018, kiedy opublikowano przełomowy raport Międzynarodowego Zespołu do spraw Klimatu. Wtedy rozmowa na temat roślin i zwierząt przeszła z porządku: „Warto brać je empatycznie pod uwagę” do: „Pali się, to poważna sprawa, która dotyczy nas wszystkich”. Wcześniej te tematy były jednak niszowe, podejmowały je środowiska zajmujące się prawami zwierząt i ekologią, głównie aktywiści. Nie łączono tego z szerszym kontekstem dotyczącym człowieka. Przełom polegał na tym, że zaczęliśmy mówić o relacjach, a nie tylko o działaniach na rzecz zwierząt – choć te nadal są oczywiście bardzo ważne.

A.S.: Dużo zmieniło coraz szersze pojawianie się refleksji związanej z feministycznym nowym materializmem czy humanistyką środowiskową. Olbrzymią robotę wykonują filozofki i filozofowie pracujący nad kwestiami klimatycznymi, a także artystki i artyści. Choćby Siostry Rzeki, które poprzez działania artystyczne już od dawna zajmują się rzecznictwem, reprezentacją rzek.

ZOEpolis, dzięki uprzejmości autorek

Mam wrażenie, że kiedy rozmawiamy o relacjach czy włączaniu bytów nie-ludzkich, to szerzej mówimy o grupach – także tych jak najbardziej ludzkich – wyzyskiwanych, eksploatowanych, niewidocznych, niechcianych. Chciałabym, żebyście opowiedziały o plakatach na 11 listopada, bo one są chyba właśnie o tym.

M.G.: To był listopad 2020 roku – czas protestów kobiet przeciwko decyzji Trybunału Konstytucyjnego, druga fala pandemii, lockdown i święto niepodległości. Grupy skupione wokół działań antyfaszystowskich i postartystycznych zdecydowały, że zamiast pchać się na ulice z kontrą wobec Marszu Niepodległości, lepiej i bezpieczniej będzie wypracować razem jakiś komunikat i umieścić go na trasie pochodu. Miasto udostępniło inicjatywie Rok Antyfaszystowski kilka słupów ogłoszeniowych w Śródmieściu, a hasłem akcji stało się zawołanie „Za waszą i naszą”. Dla nas było oczywiste, że jest to także przekaz międzygatunkowy. Wolność i prawa człowieka nie mogą być rozpatrywane w oderwaniu od wolności i praw innych grup, zwłaszcza tych pokrzywdzonych i dyskryminowanych. Zestawiłyśmy wtedy bieżący temat protestów kobiet z kwestiami międzygatunkowymi, szukając tego, co nas łączy. Wymyśliłyśmy mnóstwo haseł, narysowałyśmy wiele gatunków i pokazałyśmy wspólne platformy, które łączą prawa ludzi i prawa innych zwierząt: „Za powietrze wasze i nasze”, „Za dzieci wasze i nasze”, „Za lasy wasze i nasze”. Ten katalog jest otwarty, cały czas dochodzą nowe hasła, w zależności od potrzeb.

A.S.: Chciałabym, żeby walka o prawa zwierząt i przyrody nie była domeną sytej klasy średniej, którą łatwo zdyskredytować i wyszydzić, sprowadzając troskę o środowisko i klimat do rzekomego prawa do tofu i wegańskich burgerów, jak uwielbia to robić prawica. Bardzo zależy mi na tym, żeby zawsze umieszczać to w intersekcjonalnym kontekście – po prostu nie ma bezpieczeństwa, sprawiedliwości ani wolności od wyzysku bez szanowania praw zwierząt i przyrody i odwrotnie. Eksploatacja zwierząt na fermach przemysłowych to także eksploatacja ludzi z najbardziej prekarnych klas, którym przymus ekonomiczny każe pracować w tych potwornych miejscach. W Oko.press przeczytałam niedawno tekst o tym, że ofiary przemocy domowej, zazwyczaj kobiety, często nie opuszczają oprawcy z troski o zwierzęta towarzyszące, których nie mogą zabrać do schronisk. Hiszpanie wpadli na prosty pomysł: walkę z przemocą domową można usprawnić, obejmując opieką także inne zwierzęta. To najlepiej pokazuje, jak splątane są nasze losy.

Małgosia mówiła wcześniej o murze i zasiekach budowanych na granicy. To są zasieki przeciwko ludziom, ale jako że rzecz dzieje się w Puszczy Białowieskiej, stają się nieprzekraczalną przeszkodą również dla zwierząt. To na każdym kroku są wspólne zmartwienia i interesy, i nie możemy dać sobie wmówić, że podstawą podobnych decyzji i działań jest troska o nasz gatunek czy nasz naród.

ZOEpolis, dzięki uprzejmości autorek

Czym jest ZOEpolis, o którym właśnie wraz z Moniką Rosińską wydałyście książkę? I czym jest Wasze osobiste ZOEpolis? Jak zacząć je odkrywać?

M.G.: ZOEpolis to wspólnota ludzko-nie-ludzka: ludzi i innych zwierząt, ale także innych bytów, organizmów, które ze sobą współdziałają. Jest ona zorganizowana na zasadzie wspólnoty politycznej. Można zacząć ją odkrywać od samodzielnego posadzenia rośliny i obserwowania, jak wyrasta z pestki. Albo od przyjrzenia się temu, co wyrasta spomiędzy płytek chodnikowych lub innych szczelin, które nie są wyznaczone w miastach jako miejsca, gdzie spotkamy przyrodę. Warto też powsłuchiwać się w tujki, które grają i śpiewają, bo wróble bardzo je lubią. Na moim podwórku rośnie świerk, jesion i tuje, mieszkają w nich dziesiątki wróbli. Dokarmiam je i poję, żyjemy razem. Przylatują też oczywiście gołębie, do tego sikorki, para wron i srok.

A.S.: Są różne małe rzeczy, które można robić, żeby zauważyć ZOEpolis. I to się dzieje, ludzie w ogóle są bardzo wrażliwi. To, co wymaga zmiany, to polityka. Warto zacząć od wrażliwego nazywania rzeczy, czyli pracować na języku, a także od zastanowienia się nad tym, na jakiej podstawie dokonujemy sądów smaku jeśli chodzi o przyrodę, zwłaszcza w mieście. To też się powoli zmienia – nie jest już tak, że nieskoszony trawnik to powód do wstydu.

Myślę, Małgosiu, że na polu języka i narracji książka Mandragora – klasyfikcje, którą stworzyłaś razem z Moniką Rogowską-Stangret, wykonała kawał roboty.

M.G.: Mandragora pokazuje, jak człowiek próbował przejrzeć się w roślinie. A ona jest nie tylko rośliną, lecz także przewodniczką po różnych światach, po całej przyrodzie. Wokół mandragory narosło pełno rozmaitych opowieści, od tak zwanych teorii naukowych, przez mnóstwo mitów i przesądów, po reprezentacje w literaturze, czy kulturze popularnej. Zauważyłyśmy, że w zależności od tego, kto ją bada i obserwuje, ujawnia ona inne cechy: ma różne liście, pędy, łodygi, kwiaty, nasiona, owoce i korzenie. Przyjrzenie się jednej roślinie i zaplątanym wokół niej opowieściom pokazuje, że rzekomo obiektywne systemy opisu i rozumienia są całkowicie arbitralne, a kategorie, w których zamykamy naszą wiedzę o świecie – umowne. Dlatego klasyfikacje stały się klasyfikcjami. Mandragora poprzez swoją wyjątkowość i całą plątaninę opowieści łączy różne światy: roślinne, ludzkie i zwierzęce, te podziemne i te na powierzchni. Pokazuje nierozerwalne połączenie człowieka z przyrodą. Książka Mandragora – klasyfikcje to historia opowiedziana z perspektywy mandragory. Biostoria.

Za waszą i naszą, dzięki uprzejmości autorek

Agata Szydłowska – kuratorka, badaczka i autorka książek. Absolwentka historii sztuki na UW, Szkoły Nauk Społecznych przy IFiS PAN, doktorka etnologii. Kierowniczka Katedry Teorii Designu na Wydziale Wzornictwa ASP w Warszawie. Autorka, współautorka i redaktorka książek na temat projektowania, między innymi Od solidarycy do TypoPolo. Typografia a tożsamości zbiorowe w Polsce po roku 1989 (2018) oraz ZOEpolis. Budując wspólnotę ludzko-nie-ludzką (2020). Współautorka pokazywanej w polskim pawilonie na XXII Triennale di Milano Broken Nature. Design Takes on Human Revival wystawy pod tytułem MYCOsystem (2019). Interesuje się społecznymi i politycznymi kontekstami dizajnu. Poprzez działania kuratorskie i refleksję humanistyczną bada projektowanie poza antropocentryzmem.

Małgorzata Gurowska – artystka wizualna, autorka książek, wykładowczyni i kuratorka. Tworzy z myślą o uwzględnianiu perspektywy innych gatunków, zwłaszcza tych eksploatowanych i dyskryminowanych przez człowieka. Autorka i współautorka wielokrotnie nagradzanych książek, w których skupia się na kwestiach politycznych i społecznych, krytycznie opisując relacje ludzi i nieludzi, między innymi ZOEpolis. Budując wspólnotę ludzko-nie-ludzką(2020), Mandragora – klasyfikcje (2020), Psikusy (2017) i Lokomotywa / IDEOLO (2013). Współautorka pokazywanej w polskim pawilonie na XXII Triennale di Milano Broken Nature. Design Takes on Human Revival wystawy pod tytułem MYCOsystem (2019). Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, obecnie prowadzi Pracownię Rysunku na Wydziale Rzeźby macierzystej uczelni. 

[1] Pisownia na prośbę autorek.