Próbujemy znaleźć alfabet

Z Małgorzatą Kuciewicz i Simonem De Iacobisem o mikroklimatach i nowym rozumieniu architektury rozmawia Tomasz Świetlik

W serii prac pod hasłem Amplifikacja natury skupiacie się na przełamywaniu dychotomii między architekturą a naturą i globalnymi procesami przyrodniczymi. Staracie się opisać architekturę w odniesieniu do grawitacji, światła, krążenia wody i powietrza.

Małgorzata Kuciewicz: Dla nas najważniejsze jest to, żebyśmy przestali myśleć o sobie jako czymś oddzielnym od natury, a o architekturze jako o powłoce, która ma za zadanie człowieka od niej odseparować. Jesteśmy częścią natury, podobnie jak częścią natury jest architektura, i – jak podpowiada nasza kuratorka Ania Ptak – poprzez analizowanie architektury możemy odczytać, co mówi do nas wszechświat. Brzmi to może abstrakcyjnie, ale jeżeli przyjrzymy się na przykład materialności architektury, czyli geologicznym i przyrodniczym procesom, które doprowadziły do wytworzenia budulców architektonicznych, możemy zobaczyć te nasze kreacje w dłuższym, planetarnym czasie. Dziś najważniejsze jest tworzenie takiej architektury, która nie tylko będzie czerpała z tych zasobów, ale też będzie świadomie przywracała te elementy do obiegu przyrodniczego.

Simone De Iacobis: Architektura traktowana jest zazwyczaj w sposób redukcjonistyczny – ma odpowiadać na pewien zestaw wymagań użytkownika. W Amplifikacji natury[1] chcemy pokazać, że architektury używają nie tylko ludzie, ale też inne organizmy – rośliny, zwierzęta i grzyby, w związku z czym powinna ona zaspokajać także ich potrzeby. W systemie kapitalistycznym ci inni użytkownicy, mimo że są częścią naszego wspólnego środowiska i na nie wpływają, nie mają jednak sprawczości, nie mają pieniędzy ani głosu politycznego. Proponujemy więc, by przemyśleć architekturę na nowo i uczynić z niej podstawę refleksji na temat potrzeb użytkowników, których wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Nasze i ich życia są ze sobą ściśle związane – architektura powinna wzmacniać oraz utrwalać tę więź.

Czy to jest zwrot czysto myślowy? Jak te idee przekładają się na projektowanie?

M.K.: Staramy się przedefiniować sposób myślenia o architekturze. Z jednej strony na pewno nie musi ona być związana z gruntem, z drugiej – nie musi być obiektowa, może być procesualna. Dla nas obiekt architektoniczny jest wynikiem jakiegoś momentu zamrożenia – w skalach zarówno geograficznych, jak i geologicznych, czasowych. Może trwać tysiące lat, bo na przykład dana struktura dobrze się sprawdza, ale równie dobrze może trwać tylko jeden sezon. Są różne temporalności i niektóre łączą się z naszym odczuwaniem czasu, a niektóre powinny być związane z odczuwaniem czasu przez inne formy życia lub trwania. One są dla nas równie istotne – kamień jest tak samo podmiotowy jak lilia wodna.

Ważnym aspektem tych poszukiwań jest rozszczelnianie rozumienia, ale też praktykowania tego, jak zamieszkujemy przestrzeń. Widzimy duży potencjał w myśleniu o architekturze dryfującej i mieście nasiąkliwym, bo nasze siedliska od zawsze były związane z wodą. To zaś łączy się z koniecznością otwierania się człowieka na dyskomfort. Mówimy wręcz o projektowaniu dyskomfortu, który jednocześnie podnosi komfort innych nieludzkich współmieszkańców. Na przykład otwierając dach w domu, otwieramy się nie tylko na pogodę, ale także na mieszkańców powietrza – aeronautów. Tolerowanie obecności owadów w pomieszczeniu jest pierwszym sprawdzianem tego, na ile jesteśmy przyjaźni dla zwierząt. Insektofobia to papierek lakmusowy naszego kontaktu z przyrodą.

Hydrobotanika jako architektura. Balkony ze stawami. Fot. Michał Matejko

Zakorzenienie idei dyskomfortu w dyskursie architektonicznym to spore wyzwanie.

M.K.: Problem tkwi w naszej klasycznej tresurze architektonicznej, ale też w braku protokołów postępowania z takimi propozycjami w rzeczywistości rynkowej. Nie wiemy, jak pracować z podobnymi pomysłami ani jak je finansować. Pomaga nam edukacja i współpraca z różnymi instytucjami kultury. Specyfiką otwierania się na inne optyki jest przecież nie tylko teoretyzowanie z książką, ale głównie rozpoznania w terenie. Robimy je na przykład w formule spacerów z warszawiankami i warszawiakami. Eksplorując, dostrzegamy rzeczy, które wcześniej nam umykały.

Postulujecie radykalną zmianę myślenia o architekturze. Jak sami dochodziliście do takiej postawy?

M.K.: Od zawsze zajmowaliśmy się biografiami miejsc, co wynikało głównie z naszego zainteresowania obiektami modernistycznymi. Dziś możemy powiedzieć, że koncepcja świadomego sprzęgania architektury z procesami przyrodniczymi to wynik naszych rozpoznań projektów historycznych, czyli Warszawianki oraz domu Oskara i Zofii Hansenów w Szuminie. Bardzo ważna jest dla nas również biografia Muranowa jako miejsca, które wiele mówi o metabolizmie miasta. Większość projektów Aliny Scholtz, pionierki architektury krajobrazu w Polsce, udało się nam rozczytać, gdy chodziłyśmy z Natalią Budnik, Klarą Czerniewską-Andryszczyk oraz Ewą Perlińską-Kobierzyńską w teren, a nie poprzez analizę dokumentów – bo ich po prostu nie ma[2].

S.D.I.: Dla mnie wzorcowym przykładem jest nasz projekt o zoo i idei urbanizmu wielogatunkowego. Wszystko zaczęło się od miejsca – początkowo Gosia przyglądała się modernistycznej architekturze na terenie warszawskiego ogrodu zoologicznego. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak zmieniłoby się to miejsce, którego idea założycielska jest oczywiście mocno przestarzała, jeśli radykalnie odwrócilibyśmy myślenie o relacji człowieka ze zwierzętami w mieście. Zoo zajmuje w Warszawie ogromny teren, to w zasadzie osobna dzielnica. Co by było, gdybyśmy ją całą oddali wolno żyjącym zwierzętom, i jak taka „dzielnica zwierząt” mogłaby wyglądać i funkcjonować? Zorganizowaliśmy serię otwartych spacerów po zoo, zaprosiliśmy też naukowców, żeby rozmawiać o złożonej naturze relacji ludzko-zwierzęcych[3].

Dostrzegliśmy ciekawe i strategiczne położenie tego miejsca w relacji do korytarza ekologicznego wzdłuż Wisły – zoo powstało jako „kieszeń” tego wielowarstwowego ekosystemu, a zrozumienie jego działania otwiera mnóstwo możliwości spekulacji nad przyszłymi scenariuszami. W takich momentach często inspirujemy się pracą naszych znajomych futurologów ze studia Monnik w Holandii – w końcu my też lubimy myśleć o przyszłości.

Siedlisko Warszawa, kolaż na podstawie obrazu Bernarda Bellotta (Canaletto), Natalia Budnik, CENTRALA, 1770-2019

M.K.: Staramy się również być w komunikacji na przykład z roślinami wodnymi. Nie chodzi tylko o ich bierne obserwowanie, ale też o działanie na ich rzecz – o uprawianie wodnej grządki. I gdyby nie nasza relacja z tą grządką, trwająca trzy sezony, nie wiedzielibyśmy 90 procent tego, co dziś wiemy o roślinach wodnych. To doświadczenie ogrodnicze w mieście jest zresztą ogromnym zasobem, dlatego chcemy uważniej i intensywniej rozmawiać z działkowcami i poznawać mikrokosmosy ich ogródków. Pytania, które czekają na postawienie, mamy tuż przed nosem – na przykład nad tym, dlaczego nie można w Warszawie kupić ziemi bez torfu oraz ile torfu zużywa się w miejskim ogrodnictwie, zaczęłam się zastanawiać w trakcie pielęgnowania własnej doniczki.

S.D.I.: W naszej praktyce działamy w dwóch skalach. Pierwsza jest bardzo fizyczna – odkrywamy miejsca, przebywamy w nich, analizujemy, jak zachowuje się natura, dotykamy jej, zanurzamy ręce w błocie. To jest nasza metoda zdobywania wiedzy. Druga to skala makro, i chodzi tu zarówno o przestrzeń, jak i o czas. Tworzymy utopijne wizje – przygotowaliśmy na przykład model Hydrotrasy Tysiąclecia[4], który rozważa różne scenariusze dla tego miejsca za pięćdziesiąt czy dwieście lat, uwzględniając możliwe transformacje i adaptacje koryta Wisły. Nasze działania niejako wyprzedzają aktualne możliwości, ale właśnie o to chodzi: chcemy pokazać, że granice tego, co możliwe, są dalej, niż się wydaje. To otwiera pole do negocjacji. Coraz więcej mówi się teraz o planowym dziczeniu miasta, o ochronie takich terenów jak Zakole Wawerskie w Warszawie. Być może dzięki efektowi kuli śnieżnej zajdziemy dalej, niż sądziliśmy.

Warszawskie Mokradła, projekt CENTRALI na wystawę Futurama Warszawa

Przełamywanie funkcjonującego dyskursu i pobudzanie wyobraźni często wymaga nowych narzędzi. Wasze projekty są pod tym względem bardzo ciekawe, zarówno językowo, jak i wizualnie.

M.K.: Wielką trudnością w naszych działaniach jest to, że nie ma skodyfikowanego języka reprezentacji procesów przyrodniczych w architekturze. Często nie wiemy, jak pokazywać pewne rzeczy, na przykład różne rodzaje deszczu czy kierunki powietrznych prądów konwekcyjnych w cyklu dobowym. Bardzo pomaga nam współpraca z artystkami, które różne elementy naszych rozpoznań tłumaczą na wizualny język sztuki. To zawsze są ich subiektywne wybory i pewne skróty diagramatyczne, bo ten temat jest niezwykle złożony. Dlatego ciągle jesteśmy w procesie i w zależności od rozwoju rozumienia niektórych aspektów powoli buduje nam się język reprezentowania tych rzeczy. Traktujemy to jako jedno z naszych najważniejszych zadań. Jeżeli teraz pracujemy na mikroklimatach, to musimy wypracować jakąś formę ich reprezentacji.

S.D.I.: Chciałoby się powiedzieć, że jeśli możemy coś zwizualizować, to znaczy, że możemy to zrobić! Moim zdaniem właśnie to jest kluczowe – żeby stworzyć wizję tego, jak możemy wpłynąć na lokalny klimat.

M.K.: Próbujemy znaleźć alfabet.

CENTRALA: Powietrze jest architekturą. Warszawa mikroklimatów, 2021. Projekt zdobył 1. Nagrodę Jury Konkursowego w Konkursie FUTUWAWA. Jak będziemy mieszkać w Warszawie przyszłości?

Wasza praktyka lokuje się na granicy tego, co jest uznawane za architekturę, albo wręcz jest poza tą granicą. Wid to nawet w tytułach Waszych prac – Powietrze jest architekturą albo Hydrobotanika jako architektura. Czy tylko architekci chcą pochłonąć swoją profesją cały świat? Czy w swoich licznych współpracach doświadczyliście zawłaszczenia pola architektury przez inne dziedziny?

M.K.: Wessało nas pole sztuki. Mam wrażenie, że dawniej byliśmy raczej serwisantami artystów, w tym sensie, że pomagaliśmy im na przykład w procesie produkcji jakichś obiektów. To się niedawno zmieniło i tym samym rozszczelniła się dla nas definicja sztuki. Mamy teraz większą śmiałość w tworzeniu wypowiedzi, a nie tylko odpowiedzi.

S.D.I.: Oczywiście architektura jest bardzo chłonna, jeśli chodzi o włączanie w swoje pole nowych dziedzin. Dla nas jest to głównie biologia, ale ten proces może dotyczyć też innych dyscyplin.

M.K.: Przykładem z pola biologii może być nasza współpraca z Centrum Ochrony Mokradeł. Tamtejsi specjaliści zajmują się przede wszystkim bagniskami i mokradłami w większej skali; skupiają się na wodno-błotnych terenach strategicznych, więc temat bagien miejskich był dla nich mniej ważny. Tymczasem my chcieliśmy rozpoznać całe spektrum siedlisk przyszłego Miasta z Błota. Wędrowaliśmy razem po mokradłach i dopytywaliśmy, czym wyróżniają się rozlewiska, uroczyska, torfowiska, turzycowiska, osuchy, marsze, moczary, rojsty, mokrzadła, moczydła, trzęsawiska i ziemie rozmokłe[5]. Cieszymy się, że bagna zaczęły funkcjonować w miejskiej debacie. Te działania dały nam nową perspektywę, bo biolodzy posługują się pojęciem wetscape –wodobraz, obecnie bardzo ważnym także dla nas.

S.D.I.: Widzimy też coraz więcej ruchów w drugą stronę, czyli zainteresowanie innych dziedzin architekturą. Dobrym przykładem jest nasza współpraca z tancerzami i performerkami z Centrum w Ruchu, których zainteresowały szczególnie nasze spacery, czy ostatnio prowadzony przez nas spacer mikroklimatyczny dla osób uczestniczących w kongresie postartystycznym „Konteksty” w Sokołowsku. Skojarzyli je z techniką zwaną iLANDing[6] wypracowaną przez Jennifer Monson w latach 70. i 80. XX wieku. To było dla nas zaskoczenie, nie byliśmy świadomi, że nasze spacery mają jakikolwiek wymiar performatywny! Teorie, do których się odwoływały, wydały mi się szczególnie interesujące ze względu na swoją interdyscyplinarność i połączenie z ruchem ekologicznym. Wykorzystują one ruch, taniec oraz świadome bycie w miejscu jako narzędzia do badania natury i ekologii miejskiej. Ciekawe, co architekci i architektki mogliby wnieść w pole tak rozumianej performatyki. To otwiera nowe pole przyszłej współpracy. Wydaje mi się też, że porozumienie ze światem sztuki znaleźliśmy na polu aktywizmu…

M.K.: Dokładniej: artywizmu[7].

S.D.I.: W pewnym sensie dzielimy te same troski.

Spaceru po ekosystemie placów Warszawy z Grupą Projektową CENTRALA, fot. Maciej Krüger

Czy to przesuwanie granic wiąże się też z jakimiś problemami?

M.K.: Marcin Wicha w rozmowie z Dorotą Leśniak-Rychlak[8] stwierdził niedawno, że nasze projektowanie nie służy regulowaniu czy kontrolowaniu przestrzeni, ale jej rozumieniu. Zainspirował nas, ale jednocześnie zafrapował – wskazał bowiem, że wpuszczenie pewnych tematów w aktualny dyskurs sprawia, że potem jest z nimi problem; przestają być zwyczajne, następuje ich komodyfikacja, czyli utowarowienie. Czasami ten zasób, który rozpoznajemy, nie powinien być fetyszyzowany. Tak jest w przypadku niektórych zwierząt miejskich. Jest coś takiego jak syndrom bambinizacji – gdy rozpozna się za bardzo jakieś zwierzę, na przykład kapibarę, to ona zaczyna mieć inny status niż reszta zwierząt. Wicha przestrzega, żebyśmy nie zaczęli fetyszyzować mokradeł i żebyśmy „pokrzywowali” świadomie – tak jak można morsować, tak można też „pokrzywować” [śmiech]. Bo dla nas medializowanie, propagowanie tematu jest pewnym sposobem pracy. Chodzi o wyciąganie – poprzez naszą intuicję – jakiegoś tematu z zakamarków pamięci czy zainteresowania i włączanie go do debaty publicznej.

Na naszym pierwszym spacerze po obszarze chronionym było 30 osób, a na kolejne przyszło 300. To już jest taka skala, że zaczynasz rozumieć, że robisz krzywdę temu miejscu. Pojawia się pytanie, jak ograniczyć nasze działania, a przede wszystkim zachować spójność z potrzebami tych miejsc. Bo jeśli w tym roku przyjdzie 3000 ludzi, to co zrobimy? Boimy się więc popularyzowania tematów dla samej konsumpcji przyrodniczej. Jest to tym bardziej niebezpieczne, że dla wielu osób tak zwany kontakt z naturą, postrzeganą jako coś, co jest poza mną i czego nie jestem częścią, polega na „odwiedzeniu jej” i przyjęciu postawy intruza. Gdy zaczyna się analizować koncepcję natury, to najbardziej klasycznym podejściem jest właśnie jej konsumowanie wzrokiem, cieszenie się jej widokiem z belwederu (bello – piękny, vedere – widzieć), wspomagane tworzoną przez człowieka architekturą, która zaczyna być ramką dla tej często udawanej naturalności. Takie podejście jest najgorsze.

A jakie jest najlepsze?

M.K.: Najlepsza jest postawa oparta na wzajemności. W życiu społecznym ludzie wspomagają się wzajemnie. W terapii rodzinnej nazywa się to przyczynowością kolistą – zachowania różnych osób wzajemnie się wzmacniają, trudno ustalić, które było przyczyną, a które skutkiem. Tak samo powinno być z architekturą osadzoną w przyrodzie. Powinniśmy pielęgnować rozumienie współzależności i zdrowia cyrkularnego, a nie tylko z pozycji wyższości uprawiać jakiś krajobraz albo pozwalać zwierzętom żyć w mieście.

A co, jeśli w przyszłości, współpracując w ramach odczarowanej już naturo-kultury, uzbrojeni w nowe narzędzia do badania, ale też tworzenia mikroklimatów, o których mówicie choćby w pracy Powietrze jest architekturą, wejdziemy w konflikt z którymś z tych nieludzkich aktorów? Jak wybrać pomiędzy różnymi wersjami różnorodności?

M.K.: Jest tak wiele typów siedlisk, że możemy rozważać najróżniejsze subtelności, nawet w cyklu dobowym! Bobry są aktywne w nocy, a dżdżownice widzimy tylko po deszczu. Co więcej, zwierzaki adaptują się do miasta, więc ich gradient w mieście można regulować. I wydaje mi się, że wcale nie trzeba podejmować tu żadnych twardych decyzji – to wszystko da się pogodzić. Nie musimy wybierać między chodzącą po ulicy kuną a bogatszą florą wodną. Miasto powinno być mozaiką mikroklimatów – może wtedy zapewnić różnorodne siedliska, bardziej lub mniej przyjazne różnym gatunkom. Możemy oddać nasze dachy naturze, Dzięki temu, że są wywyższone, stanowią bowiem dobre enklawy.

Przykładowy konflikt, jaki sobie wyobrażam, może zachodzić między roślinami wiatrosiewnymi i wiatropylnymi a osobami cierpiącymi na alergie. Powinniśmy jednak raczej leczyć i łagodzić objawy takich uczuleń, a nie eksterminować rośliny.

Polskie zwierzęta nocne i zmierzchowe, 2019, rys. Ola Niepsuj, praca pokazywana na wystawie Aeronauci, podniebni mieszkańcy kuratorowanej przez CENTRALĘ

S.D.I.: Możemy całkowicie przeformułować architekturę i myśleć o niej jako o generatorze mikroklimatów. To nie musi być w żaden sposób technokratyczne. Taka architektura jest połączona z miejscem, w którym się znajduje, świadoma swojego wpływu na otoczenie, a jej zadaniem nie jest izolacja od zjawisk atmosferycznych i zaprzeczanie im. Niestety architektura, jaką znamy, jest w większości oderwana od klimatu. Naszą misją nie jest zdefiniowanie konkretnych rozwiązań. To jest – wydaje nam się – zadanie dla innych, aby podpierając się wyobraźnią, przekuli tę wizję w rzeczywistość.

M.K.: Nie jesteśmy pragmatyczni, nie dążymy do inżynieryjnej precyzji. Uruchamiamy raczej pewnego rodzaju wyobrażenia. I bardzo staramy się pielęgnować afirmatywność, żeby cieszyć się z tego wszystkiego, co wprzęgamy w nasze projekty i poszukiwania. Pewnie też dlatego, że boimy się marazmu w debacie o antropocenie. Nie mamy precyzyjnych receptur, czyli matematycznych rozpoznań ani bilansów kosztów przekładanych na zyski w usługach przyrodniczych dla miasta – takimi rzeczami powinny zajmować się agendy miejskie. Czasem opiniujemy coś dla urbanistów, głównie z perspektywy odzwierzęcej, ale te nasze drobne działania sprowadzają się głównie do podważania rzeczy, które wydają się oczywiste. Naszym zadaniem jest pokazanie, że mikroklimaty są tematem architektonicznym. Chodzi o pracę nad wyobraźnią.

Jest to niestety obarczone niepokojem o powierzchowność i wprowadzanie pewnych mód. Ale zazwyczaj tak właśnie to działa – przyczyniliśmy się do wydobycia przez MSN z niebytu postaci Hansenów i zapanowała „hansenoza”, a potem kolejne osoby rozpracowywały różne niuanse tego tematu. To nie jest tak, że my wynajdujemy nowe rzeczy – raczej odkurzamy te stare. Jedynie powracamy do już istniejących zasobów. Liczymy teraz na „scholtzozę” i modę na terenoplastykę.

Jesteśmy w znacznej mierze otoczeni architekturą, która mocno odcina się od przyrody i niuansów klimatycznych. Wy jednak często odkrywacie w starej architekturze świetne wzory symbiotycznego projektowania przykładem jest Wasz i Oli Kędziorek najnowszy projekt przywracania roślin wodnych w pawilonie Miesa van der Rohe w Barcelonie. Można odnieść wrażenie, że ta praktyka projektowania uważnego na mikroklimaty istniała, tylko po drodze gdzieś się zgubiła albo zbrutalizowała. Czy podążając za przykładami dobrych praktyk z przeszłości, odkrywacie w nich coś, co diametralnie różni je od tego, co sami proponujecie?

M.K.: Kiedy badamy na przykład dorobek Zakładów Artystyczno-Badawczych[9] z lat 50., 60. czy 70. XX wieku – bo to jest parasol obejmujący wszystkie postacie, którymi zajmowaliśmy się do tej pory, łącznie z Aliną Scholtz – to wydaje nam się, że pewne rzeczy były dla nich oczywiste. Byli tą generacją, która jako pierwsza żyła z prądem. Największa różnica między nami a nimi polega na tym, że mamy potężne braki w rozumieniu zjawisk przyrodniczych wokół nas. Jesteśmy zupełnie odklejeni od przyrody – ja na przykład o tym, że obserwując lilie wodne, możemy się zorientować, że zaraz będzie padać, bo one się zamykają na deszcz, dowiedziałam się ze starego wierszyka dla dzieci. Mamy jeszcze dużo do nadrobienia.

Czy to kwestia po prostu zapomnienia, czy raczej wymuszony brak ciągłości w praktyce? Światowy dyskurs architektoniczny też przechodził podobną amnezję?

M.K.: Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku straciliśmy hydrobotanikę. Wtedy zamiast stawów utrzymywanych przez rośliny czyszczące wodę zaczęto utrzymywać zbiorniki w stanie jałowym, często z wykorzystaniem chemii basenowej. Ostatnie opracowania o mikroklimatach w mieście to lata 50. Potem rozwój mechanicznej wentylacji i klimatyzacji sprawił, że rozwiązania niekorzystające z prądu stały się wiedzą tajemną. Wyjątkowy projekt urbanistyczny dla Białołęki Dworskiej, w którym posługiwano się pojęciem urbiekologii, odróżniającym ekologię od ekologii w mieście, to lata 80. Potem nikt już nigdy nie korzystał z wiedzy wypracowanej w tym projekcie – a ona jest do wzięcia, do podjęcia. Można ją znaleźć w archiwum Muzeum Architektury, chociaż jest nieopracowana, w formie niekompletnej dokumentacji projektowej. To przerwanie łączności z wiedzą wypracowaną w interdyscyplinarnych państwowych biurach wiązało się oczywiście z transformacją i rozproszeniem na małe komercyjne byty, które odpowiadały na zapotrzebowanie rynku.

Pracujecie teraz nad projektem związanym z glebą. Czy możecie nieco przybliżyć ten temat?

S.D.I.: Istnieje cały podziemny świat, ukryty przed naszymi oczami, pełen połączeń i zależności. Gleba to przestrzeń, a nie płaszczyzna. W kontekście Warszawy ten temat pozostaje zupełnie niezbadany, a jednocześnie wymaga uwagi – w końcu z glebą wiążą się miejskie procesy gnicia, rozkładu i tworzenia kompostu. Tymczasem zabetonowane w nowoczesności miasta stały się aseptyczne, sterylne; co gorsza, oddzielanie się od gleby wszelkiego rodzaju utwardzonymi nawierzchniami zatrzymało infiltrację wody oraz związane z tym procesy biologiczne, utrudniając życie także zwierzętom. Można powiedzieć, że temat ziemi w mieście dosłownie zniknął pod chodnikami. Trzeba go znowu wyciągnąć na światło dzienne.

Warsztaty o glebie w ramach Laboratorium Szkoły Architektury Społeczności SAS, prowadzenie Małgorzata Kuciewicz. fot. Maciej Krüger

M.K.: Z tym podziemnym światem, o którym mówi Simone, związana jest warszawska polityka glebowa, a raczej jej brak. Chcemy zorganizować okrągły stół i postawić postulat, żeby polskie miasta odeszły od ogrodnictwa bazującego na torfie. Torf jest nieodnawialnym zasobem. Nienaruszone torfowiska pochłaniają istotne ilości dwutlenku węgla, natomiast eksploatowane emitują CO2 do atmosfery. To absurdalne, że z jednej strony tłumaczymy, że mokradła są nam w mieście potrzebne, a w tym samym czasie widzimy, jak tony torfu sypie się jako podłoże ogrodnicze. A alternatywa – dobra gleba – potrzebuje od trzech do pięciu lat kompostowania. W projektach przestrzeni miejskiej nie ma miejsca dla glebariów, czyli upraw ziemi darniowej lub liściówki, czy butwisk albo próchnianek, gdzie mogą się rozkładać powalone drzewa. We Wrocławiu terenem, który może świadczyć takie usługi ekosystemowe, jest rozległa infrastruktura pól irygacyjnych, które ponownie mogą wspierać metabolizm tamtejszej przyrody[10]. W Warszawie takiego miejsca nie mamy i musimy je po prostu znaleźć. Może na dachach?

W takim razie jak zacząć?

M.K.: Dla nas wszystko jest tematem politycznym. Wierzymy w zmianę polityczną i wierzymy, że tak jak tematem międzynarodowych dyskusji jest dziś zanieczyszczanie powietrza czy wody, tak samo stanie się nim generowanie albo zaburzanie mikroklimatów. Że nie będzie już obojętne nagrzewanie miasta przez wielkie wentylatory, które wypuszczają z galerii handlowych tony ciepłego powietrza. Że krajobraz mikroklimatów zacznie być widziany w mieście, a może nawet zostanie obwarowany przepisami i opodatkowany. W wyniku zmian klimatycznych wkrótce zaczną się też wielkie migracje zwierząt. Mamy nadzieję, że w mieście nie będą one postrzegane w kategoriach inwazji.

Te tematy powinny moim zdaniem wiązać się z poważnymi decyzjami politycznymi. Jakiś mądry człowiek w telewizorze powinien powiedzieć: „Wyłączamy światło. Nie oświetlamy budynków tylko dla dekoracji. Odchodzimy od ogrodnictwa opartego na eksploatowaniu torfowisk. Zmieniamy opodatkowanie terenów, na których żyją bobry, i dopłacamy do retencji, którą dla nas wykonują”. Takich rozwiązań jest wiele i powinny zostać wypowiedziane.

Małgorzata Kuciewicz i Simone De Iacobis tworzą CENTRALĘ – warszawskie studio architektoniczno-badawcze proponujące możliwe scenariusze przyszłości. CENTRALA skupia się na odczytaniu komponentów przyrodniczych w modernizmie oraz tworzy własne projekty o architekturze-w-przyrodzie i przyrodzie-w-architekturze. Wiele ich projektów dotyczy miejskich mokradeł, hydrobotaniki, zanikających fenomenów atmosferycznych oraz wychodzenia poza strefę komfortu.

www.centrala.net.pl

[1] Amplifikacji natury to wątek w praktyce CENTRALI zainicjowany wystawą pod tym samym tytułem prezentowaną w pawilonie polskim na 16. Międzynarodowej Wystawie Architektury – La Biennale di Venezia w 2018 roku (kuratorka: Anna Ptak).

[2] Od wiosny 2019 roku prowadzone były prace badawcze do wystawy Więcej zieleni! Projekty Aliny Scholtz (kuratorki: Klara Czerniewską-Andryszczyk i Ewa Perlińską-Kobierzyńską), Muzeum Woli, Warszawa, czerwiec–listopad 2021.

[3] Projekt społeczny Siedlisko Warszawa Natalii Budnik oraz CENTRALI (kuratorki: Anna Ptak i Anna Czaban), Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa, 2020.

[4] Praca Mokradło. Hydrotrasa powstała na wystawę Futurama Warszawa (kurator: Jakub Szczęsny), Zodiak Warszawski Pawilon Architektury, Warszawa, grudzień 2018 – luty 2019.

[5] CENTRALA razem z Centrum Ochrony Mokradeł (Wiktorem Kotowskim i Adamem Snopkiem) w ramach projektu Klaser mokradeł latem i jesienią 2019 roku prowadzili cykl spacerów po warszawskich bagnach, śladami wyschniętych układów wodnych i zanikających zjawisk atmosferycznych. Projekt był częścią programu Ogrodu Miejskiego Jazdów Dbaj o wodę i kąp się z przyjaciółmi (kuratorka: Anna Czaban), Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie.

[6] iLANDing – metoda opracowana w ramach iLAND, czyli założonego przez Jennifer Monson Interdyscyplinarnego Laboratorium Sztuki Natury i Tańca, skupiającego grupy tancerzy, naukowców i artystów, którzy wspólnie badają ekologię miejską. Metoda eksploruje relacje między doświadczeniem ruchu, naturą, bytami nieludzkimi oraz danym miejscem.

[7] Aktywizm artystyczny, czyli praktyki na styku sztuki współczesnej i aktywizmu mające przynosić rezultaty w rzeczywistości społeczno-politycznej.

[8] Same banały. Rozmowa z Marcinem Wichą, „Autoportret” 2021, t. 74, nr 3.

[9] Zakłady Artystyczno-Badawcze (ZAB) to eksperymentalna, interdyscyplinarna grupa projektowa działająca przy warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w latach 1954–1977.

[10] Projekt CENTRALI Wodobraz Wrocławskich Pól Irygacyjnych pokazywany był na wystawie Pole Regeneracji (kuratorka: Katarzyna Roj), Galeria Dizajn BWA Wrocław, lipiec–październik 2021.