Prawo ekologiczne, czyli uniwersalna etyka w praktyce

Rozmowa Weroniki Zalewskiej z Geoffreyem Garverem i Cristiane Derani o tym, jak sprawić, by współczesne miasta funkcjonowały w zgodzie z ideą prawa ekologicznego

 

Prawo jest dziedziną wiedzy stosowanej. Czy zajmując się prawem ekologicznym, prowadzicie badania, które później mogłyby zostać użyte przy formułowaniu przepisów chroniących na przykład byty nieludzkie albo bioróżnorodność?

Cristiane Derani: To, o co pytasz, to prawa przyrody, które są dla nas bardzo ważne, ale nad nimi bezpośrednio nie pracujemy[1]. Te prawa, takie jak nadawanie podmiotowości rzece czy oddanie głosu drzewu, mieszczą się w strukturalnej części legislacji ekologicznej[2], ale nie chcemy ich sprowadzać wyłącznie do tego, sięgają bowiem znacznie dalej.

Geoffrey Garver: W ELGA[3], czyli stowarzyszeniu, w którym działamy, bywamy zaniepokojeni zbytnim utożsamianiem prawa ekologicznego z prawami przyrody czy też natury. Cała dotychczasowa struktura prawa jest bardzo antropocentryczna, a sam konstrukt „praw natury” odnosi nas bezwiednie do definicji „praw człowieka”, więc to w pewnym sensie oznacza nadawanie naturze cech ludzkich. Jakimi ludźmi stałyby się podmioty nieludzkie czy ekosystemy, jeśli przyłożylibyśmy do nich nasz podstawowy system prawny? Jest duże prawdopodobieństwo, że chciwymi konsumentami [śmiech].

Warto też zauważyć, że koncepcja praw przyrody wywodzi się w dużej mierze z rdzennych tradycji, przez co na przykład Europejczykom i Europejkom trudno jest się z nimi w pełni utożsamiać. Tym samym niełatwo jest nam przekroczyć granicę „racjonalnych” dla zachodniej myśli paradygmatów i światopoglądów, które przecież odgórnie determinują perspektywę dla relacji człowieka z naturą. Na przykład rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii mówią po prostu: „my jesteśmy rzeką, rzeka jest nami”. Rzeka jest dla nich jednością, całością zintegrowaną ze wszystkim, co od niej zależy, od gór aż po morze, niezależnie od tego, czy zostanie jej odgórnie nadana osobowość prawna, czy też nie[4].

Rzeka Whanganui, źródło; Wikipedia, CC BY 2.5

Czy zatem powiedzielibyście, że to, jak prawa przyrody są wprowadzane jako dodatek​​” do istniejących struktur i wartości bazujących na konsumpcjonizmie, jest problematyczne? Czy prawo ekologiczne w jakikolwiek sposób rzuca temu wyzwanie?

G.G.: Problem z prawami przyrody polega na tym, że są one po prostu wypierane przez dominujący konsumpcyjny system oparty na wzroście; bazuje on na myśleniu o naturze jako o przedmiocie, który ma być w jakiś sposób wykorzystany na korzyść człowieka. Działając na rzecz zmiany tego myślenia, nie można stracić z oczu zasadniczej transformacji, jaka musi nastąpić w tej dziedzinie.

Konkretne sposoby wdrażania zasad prawa ekologicznego rozpoznajemy wraz z Cristiane w naszym projekcie badawczym – zajmujemy się w nim pięcioma studiami przypadku i mamy nadzieję, że będziemy to pole stopniowo rozszerzać. Przyglądamy się między innymi Ethiope, czyli płynącej przez część Nigerii rzece, która została silnie zagospodarowana pod wydobycie ropy naftowej i ponosi społeczne, ekonomiczne oraz ekologiczne konsekwencje tego faktu. To przykład „przekleństwa zasobów” czy też „klątwy surowcowej”, czyli sytuacji, w której międzynarodowe koncerny przychodzą, zabierają surowiec, zostawiają bałagan i płacą najniższą możliwą cenę. Do wywoływanej tym środowiskowej i społecznej dewastacji przyczyniają się również skorumpowane elity, które bogacą się na tym procederze. Przyglądamy się takim przypadkom, analizując nie tylko prawa dotyczące ochrony środowiska, ale także szersze ramy prawne umożliwiające zaistnienie podobnych sytuacji. Pytamy: jakie prawo pozwala na takie zniszczenia? Jak mają się do tego przepisy kodeksu handlowego oraz regulacje dotyczące planowania przestrzennego? Jak wygląda tu rynek pracy? Wszystko to ma znaczenie.

Następnie koncentrujemy się na aspektach, które są najważniejsze, i analizujemy, czy te przepisy są zgodne z zasadami prawa ekologicznego. Na tym etapie zazwyczaj znajdujemy luki i niespójności w obowiązujących regulacjach, a następnie próbujemy je zrekonstruować, zarówno w krótko-, średnio-, jak i długoterminowym scenariuszu. Dwa pierwsze wydają się łatwiej wykonalne, natomiast długoterminowy scenariusz, czyli ten, do którego powinniśmy dążyć, zbudowany jest wokół wizji prawa ekologicznego. Zasady tego prawa są tu umieszczane w konkretnych warunkach – i wszystko to jest ogromnym wyzwaniem. Moja praca w tym zakresie polega właśnie na opracowywaniu długoterminowych strategii, które uwzględniałyby stopień oporu wobec zmiany naszych obecnych paradygmatów, a także sposób, w jaki można je zidentyfikować i przezwyciężyć.

Idea studiów nad prawem ekologicznym polega dokładnie na tym, aby niektóre spośród radykalnych pomysłów umieścić w konkretnych warunkach, a także pokazać – tak jasno, jak to możliwe – że prawo ekologiczne reformuje nie tylko prawo ochrony środowiska, ale również całe prawo, i dzięki temu może być skuteczne. Byłoby świetnie w pewnym momencie zrobić coś podobnego wokół środowiska miejskiego – konceptualnie nie jest to trudne do wyobrażenia, ale miasto to jednak bardzo specyficzny organizm.

Mimo że miasto ma swoje administracyjne granice w obrębie jakiegoś terytorium, to globalne powiązania, między innymi sieci dostaw energii i materiałów, przypominają, że te granice są umowne. Stworzenie prawdziwie ekologicznych praw miejskich jest więc nie lada wyzwaniem.

C.D.: Tak, choć wydaje mi się, że również na terenie miasta istnieje spora szansa na zainicjowanie interesujących działań, zwłaszcza gdy mówimy o zdziczaniu i poszukiwaniu nowego rodzaju relacji między obszarami miejskimi a bioróżnorodnością. Jest to niezwykle interesujące pole do testowania i wdrażania idei prawa ekologicznego! Z drugiej strony miasto ma służyć głównie człowiekowi, dlatego myśląc o obszarach zurbanizowanych, łatwo się zapędzić w instrumentalizację natury. A przecież nie chodzi nam o to, żeby stworzyć kolejne zoo! Umieszczanie zwierząt lub roślin w wydzielonych przestrzeniach, takich jak ogrody zoologiczne lub parki, czy też ochrona bioróżnorodności na minimalnym obszarze to działania, które nie zmienią naszych relacji z naturą w mieście. Nadal pozostajemy w bezpiecznej bańce i czerpiemy z miasta to, co chcemy, bytom nieludzkim pozostawiamy zaś jedynie niewielkie pole do życia. Być może jest to w porządku z perspektywy prawa ochrony środowiska – wprowadza się nowe gatunki, zwiększa liczbę drzew i umieszcza niektóre zwierzęta w środku obszarów miejskich – ale z perspektywy prawa ekologicznego po prostu nie może tak być. Ono chce realnie zintegrować i uczynić sprawiedliwymi relacje między ludźmi i nieludźmi, a także umożliwić im wspólne życie zorganizowane w sposób inny niż dotychczas.

Wielu naukowców twierdzi, że trwa właśnie szóste wymieranie, którego nie da się już zatrzymać. Można jednak podjąć działania na rzecz tego, by tę szybką destrukcję powstrzymywać – także na obszarach miejskich. Mówiąc o prawach przyrody, myślimy najczęściej o lasach czy rzekach, jednak większość z nas żyje w miastach, gdzie granice natury są rozmyte i splecione z ludzką infrastrukturą. W mieście dynamika relacji człowiek–natura jest zupełnie inna niż poza nim. Tak jak powiedziałaś, jako istoty miejskie niszczymy lasy w sposób pośredni – poprzez żywność i energię, jakie zużywamy.

Co można z tym zrobić? Są już podejmowane różne akcje oddolne – mieszkańcy pozwalają naturze wchodzić do miasta i rozmywać jego granice. Sporo dzieje się też na polu samego funkcjonowania miasta: zmniejsza się emisję gazów cieplarnianych, skraca łańcuchy dostaw i wprowadza zasady odpowiedzialnej gospodarki w przemyśle żywieniowym.

Jako teoretycy powinniśmy się zastanowić, jak polityka może nam pomóc w zarządzaniu tymi procesami – jak stymulować projekty dewzrostowe, korygować sposoby, w jakie ludzie importują żywność i ją przechowują, jak skrócić godziny pracy i koncentrować się na wartościach wspólnotowych. Warto zawsze myśleć w sposób szeroki, wzajemnie powiązany – to jest największe wyzwanie i potencjał perspektywy prawa ekologicznego. Musimy tylko mówić o tym głośno, w sposób precyzyjny i przystępny, żeby nie zostać źle zrozumianymi. Prawo ekologiczne to nie jest przecież kolejna gałąź prawa, grupa ustaw czy jeszcze jedna piękna narracja o ekologii – opiera się ono na nowym spojrzeniu na nasze prawo, bazuje na systemowym przedefiniowaniu go w kontekście ekologicznym.

Pójdźmy przez chwilę tropem ludzi, którzy biorą, co tylko chcą… Czym jest kompensata za zniszczenia w prawie ekologicznym? W tradycyjnym prawie istnieje system kar, grzywn – czy istnieje jakiś ich odpowiednik w sferze myślenia ekologicznego? Jeżeli niszczy się ekosystem, którego nie da się odbudować w ciągu życia jednego czy kilku pokoleń, jaką cenę płaci się jako rekompensatę za odebranie tego światu?

C.D.: Kary nie mogą być jedynym rozwiązaniem – musimy po prostu przestać robić rzeczy, których nie da się w ten czy inny sposób cofnąć. Brazylia w ciągu zaledwie trzech dekad zniszczyła 80% unikalnego lasu poprzez tworzenie plantacji soi. Tego lasu nie da się odbudować, ponieważ przez miliony lat, długo przed nadejściem człowieka, zyskiwał on szczególną równowagę w swojej glebie, cechowała go ogromna bioróżnorodność i wilgotność. Jego zniszczenie jest zbrodnią przeciwko planecie, w tym także przeciwko ludzkości.

G.G.: Prawo ekologiczne mocno krytykuje używanie pieniędzy jako rekompensaty za takie zniszczenia. Szuka ono raczej innych sposobów rozwiązywania tego rodzaju problemów. W ramach naszych badań zajmujemy się ogromnym przedsięwzięciem z lat 50., czyli Drogą Wodną św. Wawrzyńca łączącą porty Wielkich Jezior na pograniczu Kanady i Stanów Zjednoczonych z portami całego świata. Ten śródlądowy kanał zbudowano bezpośrednio na linii brzegowej rezerwatu Indian Mohawk, co zaburza ich relację z ważną częścią ich świata.

Co prawo ekologiczne mówi o odbudowie i uzdrowieniu w takim kontekście, gdy zmian właściwie nie da się cofnąć? Przede wszystkim wymaga ogromnej woli dialogu. Pieniądze nic tu nie dały, mimo rekompensat rdzenni mieszkańcy wciąż czują ból. Niektórzy twierdzą natomiast, że Mohawkowie są nastawieni roszczeniowo i nigdy nie uda się ich uszczęśliwić. Tym bardziej trzeba zatem dotrzeć do sedna tego, co się wydarzyło.

Tutaj warto odwołać się do kluczowej zasady prawa ekologicznego, zawartej w książce Carli Sbert The Lens of Ecological Law[5]: nasza gospodarka musi opierać się na prawdziwej potrzebie, a nie na utylitarnych pragnieniach, a żeby tak się stało, musimy zrewidować schemat korzystania ze światowych zasobów. Jest to szczególnie ważne w przemysłach, które nie bazują na zasadach gospodarki cyrkularnej, takich jak przemysł wydobywczy. „Chcę tego, czego chcę, i chcę tego teraz” – na zaspokajaniu tak sformułowanych potrzeb opiera się dziś „nowoczesność” i cały nasz system.

Prawo ekologiczne jest natomiast ostrą krytyką takiego podejścia. Istnieją sytuacje bardzo trudne lub niemożliwe do uzdrowienia i zrekompensowania, zwłaszcza za pomocą pieniędzy. Żeby cokolwiek zmienić, musimy sięgnąć do pierwotnej przyczyny eksploatacji ekosystemów. Cały nasz system zaopatrzenia opiera się na pragnieniach utylitarnych, czyli w skrócie na logice: jeśli możemy coś wydobyć albo wyprodukować i sprzedać, to wszystko jest w porządku.

Prawo ekologiczne zmienia tę perspektywę i każe się zastanowić, czy naprawdę potrzebujemy danego surowca albo produktu. Czy możemy sobie pozwolić na sięganie po niego? Dziś wiemy, że nasz stary sposób postępowania niszczy zdolność ekosystemów do regeneracji i zapewnienia nam zaopatrzenia, musimy więc wrócić do korzeni tej relacji. Jeśli mówimy o kompensacji, musi ona dotyczyć wszystkich elementów ciągu przyczynowo-skutkowego, w przeciwnym razie będzie niezgodna z prawem ekologicznym.

C.D.: Kompensacja nie będzie potrzebna, jeśli nie będziemy zaburzać równowagi ekosystemowej. W niektórych regionach po prostu nie możemy tworzyć kopalni, nie możemy też zawierać niektórych umów handlowych. Prawo ekologiczne nie pasuje do konsumpcyjnego stylu życia. Zamiast kompensacji i zasady „kto zanieczyszcza, ten płaci”[6] (a nie są to narzędzia prawa ekologicznego) stosujmy z wyprzedzeniem „zasadę przezorności”[7] – wykorzystujmy i wzmacniajmy już istniejące instrumenty, tylko najpierw mądrze je przeorganizujmy w ramach podejścia ekologicznego.

Chcę Was zapytać o granice. Jeśli mówimy o naturze, to wydają się one sztuczne i iluzoryczne. Weźmy na przykład rzekę przepływającą przez dwa kraje – obydwa będą prawdopodobnie miały zupełnie różne pomysły na to, jak ją chronić. Co to oznacza dla prawa ekologicznego? Prawdopodobnie Wasza wizja jest globalna, ale myślę także o wyzwaniach, na przykład o krajach, które są „ekologiczne” w obrębie swoich granic, ale outsource’ują energię z innych części świata, albo eksportują swoje odpady i nie widzą w tym problemu. Granice, które wyznaczamy, są często pretekstem do delegowania wyzysku w inne miejsce. Jak byście to skomentowali w kontekście prawa ekologicznego?

G.G.: Z perspektywy prawa ekologicznego systemy własności prywatnej i suwerenność państwowa to elementy podtrzymujące obecny system eksploatacji. Jeśli dogłębnie przestudiujemy to, jak suwerenność jest traktowana na przykład w umowach handlowych, zobaczymy, że eksploatujący formalnie deklaruje poszanowanie suwerenności danego kraju, ale potem robi, co chce, bo wykupuje jego tereny, surowce i produkty. Zasady są sformułowane w taki sposób, że nie można zapytać, jak dany towar został wyprodukowany – po prostu wchodzi do obrotu handlowego i przyjmujemy go takim, jaki jest.

Suwerenność państwowa nie jest więc jednoznaczną koncepcją. Z jednej strony ją szanujemy, ale z drugiej w handlu funkcjonują pewne zasady, na które zgodziły się kraje uczestniczące w takiej wymianie. Dobrą ilustracją są inwestycje zagraniczne – mówi się, że można być suwerenem w całym spektrum decyzji wewnątrz kraju – każdy kraj może ustalać własne zasady ochrony środowiska itd.; zazwyczaj zagranicznych inwestorów trzeba jednak traktować tak samo, jak traktowałoby się swoich własnych, i w zasadzie należy pozwolić im robić, co chcą, nawet jeśli operują w naszym kraju jedynie zdalnie, na odległość. A im bardziej właściciel, inwestor czy udziałowiec jest oddalony od miejsc i ludzi, na których oddziałuje, tym większe staje się prawdopodobieństwo problemów. System suwerenności państwowej jest dziurawy nie bez przyczyny – służy to temu, by promować globalny projekt ciągłego wzrostu i nieustannego nadmiaru, realizowany głównie przez kraje zamożne. Być może potrzebne są jednostki zarządzające, które znajdowałyby się bliżej konkretnych społeczności, tak aby prawdziwa suwerenność polegała na ich upodmiotowieniu.

C.D.: Warto jeszcze wspomnieć, że kolonializm i suwerenność idą ręka w rękę. Ważne jest, by pamiętać o historii niektórych pojęć. Jean Bodin, twórca koncepcji suwerenności, chciał za jej pomocą zapewnić władzę państwom kolonialnym. Idea suwerenności została więc stworzona po to, by zabezpieczyć interesy nie wszystkich, lecz kilkupaństw, oraz aby usprawiedliwić dominację nad okupowanymi przez nie terytoriami. W tej koncepcji zawarta jest pewna sprzeczność – i dziś wciąż z nią żyjemy. Myślę, że musimy się z tym zmierzyć. Kiedy mówimy o prawie ekologicznym, mówimy o równoważnych regulacjach i rozwoju polityki, która tworzy taką równowagę, a nie eksportuje naszą nierównowagę do innych części świata. To bowiem jest kolonializm.

Innym ważnym zagadnieniem jest teoria rozwoju opartego na wzroście. Organizacja Narodów Zjednoczonych mówiła o wzroście od lat 50. XX wieku, co pokazuje, że pojęcia, które uważamy za oczywiste, mogą mieć całkiem krótki rodowód. Idea wzrostu została sformułowana przez ONZ, aby stworzyć ramy dla wyzysku. Wzrost opierał się na suwerenności i imperialnej własności, działał według logiki: „Mam pieniądze, więc mogę je ulokować gdziekolwiek chcę, aby zrobić, co tylko chcę”. Państwo posiada suwerenność nad tym, co jest dozwolone, ale z drugiej strony pozostaje zależne od wielkiego prywatnego kapitału. Zrobi wszystko, czego zechce prywatny inwestor, a przepisy środowiskowe nie wystarczą, by powstrzymać utowarowienie przyrody. Należy również pamiętać, że zasady dotyczące prywatnych inwestycji są wyznaczane przez Bank Światowy. Jeśli więc mówimy o państwach podporządkowanych zasadom Banku Światowego, to czy naprawdę są one suwerenne? Wszystko to bezpośrednio wpływa na zniszczenia, jakich doświadcza obecnie nasza planeta.

G.G.: Istnieje mit głoszący, że sektor publiczny i prywatny są sobie przeciwstawne. Ja natomiast sądzę, że one nieustannie udowadniają, iż w rzeczywistości są nierozłączne, a wiele spośród realizowanych przez nie zasad dotyczących środowiska umożliwia po prostu większy nadmiar i większą konsumpcję. Co to oznacza dla miast, które są teraz siłą napędową wielu z tych zjawisk? Problem polega na tym, że miasta są z natury odłączone od wspierających je ekosystemów, a z biegiem czasu ta relacja staje się jedynie coraz bardziej odległa. Są miasta takie jak Montreal, które posiadają plan zrównoważonego rozwoju, ale wiemy, że został on zdefiniowany przez klasę polityczną i jako podstawową zasadę przyjmuje zrównoważony wzrost gospodarczy. W ramach prawa ekologicznego nie ma to już sensu.

Zamiast w ramach tych wszystkich „zrównoważonych strategii miejskich” pytać: „Co zrobimy, aby się rozwijać?”, chcemy zadać właściwe pytanie, czyli: „Dlaczego, do cholery, chcemy ciągle wzrastać?”. Jeśli chcemy się rozwijać po to, by przyjąć więcej uchodźców klimatycznych, którym zgotowaliśmy katastrofę przez nasze nadmiernie konsumpcyjne nawyki, to ok… Ale jeśli chodzi tylko o to, by nasza klasa polityczna i elity gospodarcze stały się jeszcze bogatsze, to dziękujemy. Zamiast tego pragniemy, aby przyszłość każdego miasta, jego trajektoria i planowanie nie bazowały na ciągłym wzroście i nieudanym, wyniszczającym podejściu do zaopatrzenia, ale by były zbudowane wokół wzajemnie wzmacniających się relacji człowieka z Ziemią.

Nie tylko ludzie w miastach są oderwani od ziemi. Mieszkańcy obszarów wiejskich czy przemysłowych również są tak silnie uzależnieni od korporacji i pracy, którą one dają, że nie są w stanie stanąć w obronie własnej ani w obronie ziemi. Spójrzmy na polski kontekst: mamy w kraju dużą, wciąż czynną kopalnię węgla brunatnego w pobliżu trójstyku granic Polski, Czech i Niemiec. Ostatnio Czechy pozwały Polskę za pozbawienie ich wody gruntowej w związku z działalnością górniczą. Pracownicy kopalni pojechali do Brukseli, aby przeciwko temu zaprotestować; chcieli stanąć w obronie kopalni, ponieważ są od niej zależni – zresztą nikt inny z nimi nie rozmawia, bo są postrzegani jako część „problemu węglowego”. Chronią kopalnię, ponieważ jest to jedyne miejsce pracy, na jakie mogą liczyć na peryferiach, i jedyny sposób, aby tymczasowo utrzymać się na tej ziemi. Nie mogą sobie pozwolić na myślenie o skutkach ekologicznych; to niedorzeczne, bo następne pokolenia będą te skutki przeżywać – i mam tu na myśli brak wody, a być może również brak możliwości dalszego zamieszkiwania na tym terenie. Do tego tamtejsza ziemia może być już zbyt słaba i wyniszczona, by dać alternatywę na przykład w postaci rolnictwa.

G.G.: Podobne zjawiska mają miejsce w Zachodniej Wirginii w Stanach Zjednoczonych czy w Albercie w Kanadzie. Ich korzenie tkwią w systemie własności prywatnej, w niekwestionowanym prawie właścicieli ziemskich do robienia tego, co zechcą, oraz do zarabiania pieniędzy i kontynuowania produktywności za wszelką cenę. Jednym z piewców tych idei był już w XVII wieku angielski filozof i ekonomista John Locke, który twierdził, że możemy eksploatować naturę w sposób produktywny dopóty, dopóki nikogo nie krzywdzimy. To rozumowanie stało się integralną częścią pojęcia wolności we wszystkich częściach świata. Cóż, przykro mi, ale jednak krzywdzimy. Także przyszłe pokolenia.

Przykład polskiej kopalni ujawnia prawdziwy problem związany z prawem ekologicznym. Z jednej strony wciąż nawołujemy do demokracji partycypacyjnej, gdzie społeczności decydują same za siebie. Ale co się dzieje, gdy społeczność mówi, że chce, by węgiel był dalej wydobywany, ponieważ jest to dla niej jedyny sposób utrzymania? Kto miałby zadecydować o tym, że taka partycypacyjna decyzja społeczności jest nieważna? Co w ostatecznym rozrachunku będzie lepsze – oddanie władzy „łagodnemu dyktatorowi” (a ci ostatecznie nigdy nie okazują się łagodni), który rzekomo będzie działał w zgodzie z zasadami ekologii i będzie nas chronił, czy akceptowanie decyzji społeczności, które w końcowym rozrachunku mogą być destrukcyjne? Dla mnie jest to jeden z najtrudniejszych dylematów, przed jakimi stoimy.

Jeśli chodzi o miasta, podam bardzo konkretny przykład: mniej więcej 20 lat temu niektóre miasta w Kanadzie weszły w fazę rozwoju aglomeracji, a więc zaczęły łączyć się z przedmieściami. Kogo wybierały na burmistrzów? Ludzi, dla których priorytetem była budowa autostrad, aby osoby dojeżdżające do pracy mogły szybko dotrzeć do miasta oraz wrócić do domu. Takie decyzje podejmowane są lokalnie, na poziomie miasta, ale nikt nie bierze pod uwagę tego, jak natężenie ruchu drogowego w danym mieście wpłynie na zmiany klimatyczne i powodzie na przykład w Bangladeszu. Jak sprawić, żeby ludziom zależało także na odległych od nich miejscach i ludziach, na których życie mają pośredni wpływ, a nie tylko na szybszym dotarciu po pracy do swoich domów i dzieci?

Kolejnym wyzwaniem jest subiektywny wymiar prawa – wiele tradycyjnych konstytucji, także polska, głosi, że każdy obywatel ma prawo do czystego powietrza lub że rząd jest zobowiązany chronić środowisko. Zazwyczaj te zapisy charakteryzują się jednak dużym stopniem ogólności. Prawo do czystej wody i czystego powietrza mogłoby łączyć ludzi z nieludźmi, lecz zobowiązania te są często po prostu zawieszone w (szarym) powietrzu.

C.D.: Tak, ale właśnie tu leży możliwość uszczegółowienia ich poprzez perspektywę prawa ekologicznego, bez zmiany całego istniejącego systemu prawnego. Prawo do zdrowego środowiska oznacza również przebudowę naszego zarządzania, handlu i polityki w sposób ekologiczny. Poza tym musimy zacząć lepiej się komunikować. To nie jest problem powodzi w Bangladeszu – to problem wody, która za tydzień nie poleci z twojego kranu.

Już dziś przeżywamy katastrofę ekologiczną i musimy znaleźć sposoby komunikowania innych wzorców produkcji i konsumpcji. Prawo jest jednym z takich sposobów komunikowania problemów. Powinniśmy z perspektywy ekologicznej zastanowić się, co powinno się składać na nasze prawo do godnej przyszłości, również tej związanej z życiem w miastach. W tej reorganizacji sposobu myślenia nie chodzi przecież o to, żeby wszystkich mieszkańców miast przenieść na wieś, ale żeby przeformułować ideę życia miejskiego, opierając się na potencjale miasta – na możliwości gromadzenia nie tylko kapitału, ale przede wszystkim ludzi. W mieście możemy spotykać się z ludźmi, wymieniać się wiedzą i ćwiczyć wrażliwość.

G.G.: Głęboko zakorzenione przepisy prawa, takie jak konstytucje, powinny sprzyjać wyjściu poza krótkoterminową perspektywę interesów politycznych. Niedawno ekwadorski Sąd Najwyższy odrzucił koncesję na wydobycie surowców w chronionym lesie Los Cedros, ponieważ zagrażałoby to prawom przyrody. Jest to przykład stosowania długoterminowych zasad moralnych i etyki ekologicznej w lokalnym kontekście. Może prawa przyrody wprowadzone w Ekwadorze[8] nie są idealnym ani ostatecznym rozwiązaniem, ale jako narzędzie przejściowe robią wyraźną różnicę. Być może w kolejnych wyborach mieszkańcy tego państwa zagłosują na kogoś, kto będzie je realizował w całości.

 

Cristiane Derani – profesorka na Uniwersytecie Federalnym Santa Catarina w Brazylii, gdzie uczy między innymi międzynarodowego prawa gospodarczego i ochrony środowiska. Dyrektorka jednostki badawczej Zaawansowanych Studiów Międzynarodowego Prawa Środowiskowego i Gospodarczego (EMAE), pracowniczka naukowa Brazylijskiego Narodowego Centrum Badań Naukowych (CNPq), odpowiadała za utworzenie studiów magisterskich na Uniwersytecie Stanu Amazonas (2003). Członkini brazylijskiej delegacji na COP 8 i 9. Członkini komitetu sterującego Ecological Law and Governance Association (ELGA), C-EENRG Fellow na uniwersytecie w Cambridge i członkini Cambridge Global Food Security, członkini Międzynarodowego Stowarzyszenia Ekonomii Ekologicznej (ISEE), konsultantka Science Advice for Policy of European Academies (SAPEA). Opublikowała dwie monografie: Environmental Economic Law oraz Privatisation and Public Service.

Geoffrey Garver – doktor geografii i prawa, adiunkt na uniwersytetach McGilla oraz Concordia w Montrealu, gdzie prowadzi wykłady związane ze środowiskiem, a także koordynuje badania nad prawem i zarządzaniem w ramach sieci uniwersyteckiej Leadership for the Ecozoic (L4E). Członek komitetu sterującego Ecological Law and Governance Association (ELGA). Aktywnie działa w międzynarodowym ruchu dewzrostu. W latach 2000–2007 był dyrektorem jednostki ds. zgłoszeń w sprawach wykonawczych w Północnoamerykańskiej Komisji Współpracy Środowiskowej (CEC). Przez 9 lat pracował w Wydziale Ochrony Środowiska i Zasobów Naturalnych Departamentu Sprawiedliwości USA jako adwokat procesowy, a następnie prowadząc sprawy dotyczące między innymi zarządzania gruntami i zasobami naturalnymi, praw wodnych i oceny oddziaływania na środowisko. W 2021 roku ukazała się jego książka Ecological Law and the Planetary Crisis. A Legal Guide for Harmony on Earth.

 

[1] Prawami przyrody / natury zajmuje się np. Earth Law Centre: www.earthlawcenter.org.

[2] Prawo ekologiczne to paradygmat oparty na przekonaniu o konieczności włączenia do systemu prawnego ograniczeń ekologicznych. Powstał w reakcji na obecny globalny kryzys ekologiczny i stanowi rewizję dotychczasowego systemu prawnego, w tym między innymi prawa ochrony środowiska, tak by przezwyciężyć obecną w nim dychotomię pomiędzy podejściem antropocentrycznym i ekocentrycznym. Prawo ekologiczne promuje przejście od kultury dominacji do kultury szacunku.

[3] ELGA (Ecological Law and Governance Association) to stowarzyszenie dążące do stworzenia platformy współpracy różnorodnych grup i wzmocnienia ich głosów w celu przekształcenia naszego obecnego paradygmatu prawnego – skoncentrowanego na człowieku i wzroście – w paradygmat skoncentrowany na Ziemi; drogą do tego jest między innymi ekologiczne prawo i zarządzanie. Więcej: https://elgaworld.org.

[4] Od 11 marca 2017 roku rzeka Whanganui (w języku Maorysów Te Awa Tupua) ma osobowość prawną. W wyniku negocjacji pomiędzy szczepem Whanganui i rządem Nowej Zelandii stwierdzono, że „Te Awa Tupua to niepodzielna i żywa całość, obejmująca rzekę Whanganui od gór do morza, zawierającą wszystkie jej dopływy oraz elementy fizyczne i metafizyczne (…). Te Awa Tupua jest osobą prawną i ma wszystkie prawa, uprawnienia, obowiązki i zobowiązania osoby prawnej”; www.legislation.govt.nz/act/public/2017/0007/latest/whole.html#DLM6831461, dostęp 25 stycznia 2022.

[5] Carla Sbert, The Lens of Ecological Law, Edward Elgar Publishing Ltd, Cheltenham 2020.

[6] Reguła „kto zanieczyszcza, ten płaci” (ang. polluter pays principle) to jedna z podstawowych zasad w prawie ochrony środowiska, zgodnie z którą zanieczyszczający środowisko naturalne powinien ponieść koszty związane z usuwaniem powstałych szkód, w tym również te wynikające z wprowadzania środków zapobiegawczych.

[7] „Zasada przezorności” (ang. precautionary principle) zakłada podjęcie działań w celu ochrony środowiska przed potencjalnym poważnym ryzykiem, pomimo braku naukowej pewności co do istnienia i rozmiarów tego ryzyka (np. w obliczu niewystarczających danych naukowych). Jednym z najczęściej przywoływanych uniwersalnych sformułowań zasady przezorności jest zasada nr 15 Deklaracji z Rio de Janeiro w sprawie środowiska i rozwoju: „Tam, gdzie występuje zagrożenie poważnymi lub nieodwracalnymi zmianami w środowisku, brak co do tego całkowitej naukowej pewności nie może być powodem opóźniania efektywnych działań, których realizacja zapobiegałaby degradacji środowiska” (źródło: Maria Talik, Zasada przezorności w prawie i polityce ochrony środowiska naturalnego Wspólnot Europejskich, „Kwartalnik Prawa Publicznego” 2005, t. 5, nr 3).

[8] Obowiązująca w Republice Ekwadoru Konstytucja z 2008 roku zawiera liczne artykuły dotyczące środowiska naturalnego. Ich podstawa oraz treść wynikają z normy zapisanej w art. 10: „Natura będzie podmiotem tych praw, które uznaje Konstytucja”.