Nie ma już mojej krainy ślimaków

Z warszawskim biologiem i edukatorem przyrodniczym Igorem Siedleckim rozmawia Magda Grabowska

 

Czym jest różnorodność biologiczna?

Różnorodność biologiczną najprościej opisałbym jako bogactwo i zróżnicowanie zespołu wszystkich organizmów występujących na danym obszarze. Można ją szczegółowo definiować na wielu poziomach. Może być różnorodnością gatunkową, czyli po prostu listą wszystkich gatunków występujących w danym miejscu. Może też być rozumiana bardziej szczegółowo, nie jedynie jako lista, lecz jako zróżnicowanie danego zespołu, określane na przykład poprzez procentowy udział konkretnych gatunków w wybranym miejscu. Można zatem przyglądać się, czy w danym ekosystemie jest tylko jeden gatunek, którego przedstawicieli jest bardzo dużo (dominant), a wszystkie pozostałe to gatunki towarzyszące, czy populacje są bardziej wyrównane. Różnorodność biologiczna może przejawiać się też na poziomie genetycznym – mówi wówczas o tym, jak zróżnicowana jest pula genowa populacji danego gatunku w danym miejscu.

A czym jest dzikość w mieście?

Pod kątem przyrodniczym to takie przestrzenie, w których przyroda gra pierwsze skrzypce, gdzie jest przestrzeń na to, by różnorodne organizmy się odnalazły, i gdzie wpływ człowieka pozostaje ograniczony. To przede wszystkim takie miejsca, które nie są nieustannie przycinane, pielęgnowane, czyszczone, sypane piaskiem czy solą, odśnieżane itd. Dzikość w mieście występuje też w okolicach, które są celowo wyznaczane po to, by ingerencja człowieka była tam mniejsza – na przykład w niektórych parkach wydziela się specjalne strefy przyrodnicze, obszary większej dzikości. Mogą to być też przestrzenie zapomniane albo miejsca, które miały kiedyś służyć pod jakąś inwestycję – coś miało się tam wydarzyć, ale procedura została wstrzymana. Teraz te miejsca dziczeją – przyroda je zajmuje i jest tam coraz bardziej obecna.

Szablak, Zakole Wawerskie, fot. Jonatan Audycki

Czy miasto powinno dziczeć?

Zdecydowanie tak, choć pewnie nie wszędzie i nie w stu procentach. Wydaje mi się jednak, że moglibyśmy pozostawiać więcej miejsca dla przyrody i różnorodności biologicznej. Szczególnie teraz, kiedy miasta się rozrastają i zajmują coraz większą powierzchnię, wobec czego siłą rzeczy odbierają przestrzeń innym organizmom, które były tu obecne wcześniej. To byłby pewien rodzaj rekompensaty. Równocześnie skala antropopresji rośnie także na obszarach niemiejskich i rolniczych. Już teraz jest naprawdę duża – wystarczy spojrzeć przez pryzmat powiększających się wielkopowierzchniowych monokultur czy nieustannych lokalnych wycinek przydrożnych drzew. Czasami okazuje się, że dla niektórych grup organizmów miasta stają się refugium, czyli schronieniem. Niektórym organizmom wystarczy zrobić odrobinę miejsca, oddać im trochę przestrzeni, i one już same się odnajdą. Takie zmiany obserwujemy choćby w Warszawie, na przykład w dziczejących fragmentach parku Fosa i Stoki Cytadeli czy Pola Mokotowskiego. Równocześnie widzę też zmiany przeciwne – powiększające się obszary betonowych pustyń, gdzie nie ma miejsca dla różnorodności.

Na ile Twoim zdaniem miasto mogłoby zdziczeć?

Żeby uniknąć konfliktów, nie można chcieć zbyt wiele. Wszystko można za to robić sprytnie. Weźmy choćby odśnieżanie i posypywanie jezdni i chodników solą. Sól jest jednym z najpoważniejszych zanieczyszczeń w mieście, szkodzi przede wszystkim przydrożnym drzewom i w konsekwencji wszystkim związanym z nimi organizmom. Możemy sobie jednak wyobrazić, że mamy w parku główną alejkę, która jest bardziej zadbana, usuwa się z niej liście, odśnieża się ją i posypuje solą, a równocześnie część alejek pozostawiona jest w stanie bardziej „dzikim”, są rzadziej odśnieżane, a w razie potrzeby posypywane żwirem. Oczywiście trzeba dbać o zdrowie i bezpieczeństwo mieszkańców miasta. Na pewno trzeba monitorować stan drzew w parkach i przy drogach, żeby podczas wichury takie drzewo na człowieka nie runęło. Ale równocześnie przy okazji monitorowania należy pozostawiać starsze drzewa, które są bezpieczne, albo przycinać jedynie takie konary, które mogą się złamać, a reszty nie ruszać. Dla różnorodności biologicznej wartościowe będzie nawet pozostawienie martwego pnia, z którym związanych może być wiele gatunków grzybów i owadów. Należy szukać takich rozwiązań, które pozwalają na to dziczenie, ale równocześnie dbają o bezpieczeństwo i zaspokajają inne potrzeby mieszkańców miasta.

Czy nadmierne zdziczenie może prowadzić do jakichś napięć albo konfliktów?

Potencjalnych konfliktów może być bardzo wiele. Mieszkańcy miasta mają różne potrzeby – inne ma biegacz czy rowerzysta w parku, a inne może mieć spacerowiczka pragnąca obserwować stawonogi. Nawet w obrębie grupy rowerzystów może się trafić rowerzysta z grubszymi oponami, który potrzebuje innych nawierzchni niż kolarz szosowy, szukający raczej ścieżek asfaltowych.

Natomiast jeśli chodzi o moją działkę, czyli stawonogi: zwiększanie liczby łąk kwietnych i stosowanie małej retencji wśród wielu osób budzi obawy związane z rosnącą liczbą owadów w okolicy. Przykładowo przy okazji stawiania domków dla samotnych zapylaczy ktoś informuje, że ma uczulenie na jad pszczół, wobec czego obecność takich domków byłaby ryzykowna dla jego zdrowia. I tu właśnie przydaje się wiedza i rozmowa. Pszczoły samotne właściwie nie żądlą, a jeśli już się to zdarzy, to w pojedynczym ukłuciu mają zdecydowanie mniej jadu niż na przykład pszczoła miodna. Pozostawienie obszaru dla tych właśnie zapylaczy nie grozi zatem zwiększeniem ryzyka użądlenia. Niektóre konflikty wynikają z niedostatecznej wiedzy i niezrozumienia efektów zwiększenia różnorodności biologicznej czy z obecności w naszym środowisku konkretnych postaci, a więc gatunków, dla których robimy miejsce w mieście. Czasami może się wydawać, że jeżeli wyczyścimy miasto, czyli zminimalizujemy ilość terenów zielonych albo przesadnie o nie zadbamy, wówczas nie pojawią się żadne konflikty z potencjalnie problematycznymi zwierzętami, bo ich w takim mieście po prostu nie będzie. Należy jednak pamiętać, że takie towarzyszące człowiekowi organizmy jak pluskwy, komary czy mrówki faraonki, czyli gatunki najbardziej kłopotliwe czy też najbardziej nas irytujące, zawsze z nami będą. Po prostu są zależne od człowieka i z nim związane, a niekoniecznie zależne od dostępności terenów zielonych. Przy okazji „całościowego czyszczenia” z naszego środowiska często znikają nie te problematyczne gatunki, ale właśnie te żyjące przy nas. Co ciekawe, zdarza się, że to właśnie one mogą redukować wielkość populacji gatunków problematycznych dla ludzi. Czyszcząc miasto, pozbywamy się więc głównie tej różnorodności, która nie wchodzi z nami w konflikt.

Szczotecznica szarawka, Las Bielański, Fot. Agata Bonk

Czy mógłbyś podać przykłady takich problematycznych gatunków?

Teraz zdarza się to już rzadziej, ale kiedyś, gdy w dużych blokach działały zsypy, problemem były karaczany, w tym karaluchy, które żerowały w śmieciach. Ich populacje bywały bardzo liczne – i rzeczywiście, to nie jest najprzyjemniejsza sytuacja, kiedy w miejscu, w którym mieszkasz, jesz i śpisz, liczba tych owadów jest tak duża. Zdarza się, że żyjące w śmietnikach karaczany przenoszą choroby, nie chcielibyśmy się więc z nimi stykać. Dość proste, odpowiednio wprowadzone rozwiązania sanitarne mogą jednak skutecznie rozwiązać ten problem, i w większości przypadków już go zresztą rozwiązały.

W naszej strefie klimatycznej pewną uciążliwością mogą być też komary. Wyobrażam sobie jednak, że duża liczba obecnych w mieście ptaków, przede wszystkim gatunków owadożernych, żywiących się komarami, mogłaby ograniczyć albo rozwiązać ten problem. Jeśli natomiast tych ptaków nie będzie w ekosystemie, wtedy komary – i wiele innych owadów – mogą zacząć się namnażać w niekontrolowany sposób.

A jakie są gatunki żyjące przy człowieku?

To olbrzymia mnogość gatunków. Weźmy chociażby trzmiele – owady zapylające, praktycznie nieżądlące. Ich rola jako zapylaczy jest kluczowa dla trwania świata i pojawiania się kolejnych pokoleń roślin. Dużą różnorodność możemy zaobserwować w parkach: na pniach drzew żyją kosarze, a wokół pni kowale bezskrzydłe oraz wiele różnych gatunków chrząszczy, motyli, muchówek czy pluskwiaków. W chodnikach swoje gniazda mają mrówki – sprzątają miasto, korzystając przy okazji z dodatkowego pokarmu, jaki daje obecność człowieka. Istnieją też jednak kolonie mrówek, które świetnie radzą sobie bez człowieka i generowanego przezeń dodatkowego pokarmu. W mieście obecna jest ogromna liczba organizmów, które w żaden sposób nie wchodzą z nami w interakcję – przykłady mógłbym wymieniać właściwie w nieskończoność.

Biedronka azjatycka i mrówka z rodzaju Formica, Powsin, fot. Iga Bereszczyńska

Jakim środowiskiem dla zwierząt jest miasto?

Czasami poszukujemy prostych odpowiedzi. Chcemy wiedzieć, jakie miasto jest dobre lub niedobre dla zwierząt, lecz zapominamy, że występuje tu niezliczenie wiele gatunków, wśród których te potrzeby mogą być diametralnie różne. Część preferuje wysokie temperatury, a część niskie. Jakiś gatunek wybiera dany rodzaj pokarmu, drugi zaś żywi się czymś zupełnie innym. Na to pytanie można zatem odpowiedzieć jedynie w taki sposób, że to zależy od konkretnego gatunku.

Gdybym jednak miał jakoś to zagadnienie uogólnić, to powiedziałbym, że miasto, jako stosunkowo nowy rodzaj środowiska w historii ewolucyjnej świata, premiuje gatunki elastyczne, które dość łatwo się do niego dopasowują. Przeprowadzono wiele badań dotyczących kręgowców – ptaków i małych ssaków – natomiast mniej danych mamy na temat „plastyczności” owadów. Biologię wielu gatunków owadów, w tym ich zdolności kognitywne i zachowanie, tak naprawdę dopiero poznajemy i zaczynamy jakkolwiek rozumieć. Jeśli chodzi o ptaki czy ssaki, to na przykład do miejskiej struktury Warszawy łatwo weszły krukowate. Świetnie odnalazły się tu wrony ‒ to bardzo inteligentne stworzenia o niezwykle plastycznym zestawie zachowań. Są wszystkożerne, a takie gatunki po prostu mają szersze spektrum tego, czym mogą się pożywić. Cechy wspólne gatunków, które dobrze radzą sobie w mieście, to właśnie elastyczność w dopasowywaniu się do miejskich warunków, a także inteligencja i wszystkożerność, jak u wspomnianych wron.

Dla wielu stworzeń miasto to także miejsce, w którym można uniknąć presji drapieżników. Pod tym względem dla niektórych gatunków może to być zatem świat prawie idealny. Często dzieje się tak w świecie stawonogów. Weźmy na przykład owada, który w formie larwalnej zawsze siedzi na liściach danego drzewa. Jeśli w parku mamy dużo takich drzew, to miejsca do życia jest sporo, a równocześnie może tu nie być polującego na tego owada chrząszcza, który zmniejszałby jego populację; może tak być na przykład dlatego, że dla rozwoju tego drapieżnego chrząszcza niezbędna jest duża ilość martwego drewna.

Ciekawy jest również przykład kowali bezskrzydłych, czyli czerwono-czarnych pluskwiaków potocznie nazywanych tramwajarzami. W momentach kopulacyjnych łączą się one w pary tworzące jakby dwa wagony tramwaju. Nigdy nie widziałem osobnika tego gatunku poza miastem, w lesie – a w Warszawie występuje on w ogromnych ilościach. Gdy prowadzę zajęcia przyrodnicze, to jest taki pewnik, że nawet jeżeli nie ma niczego innego, to kowal bezskrzydły zawsze się znajdzie. Z literatury wiemy, że związany jest z lipami. Jednym z jego pokarmów są lipowe orzeszki, w które wkłada swoją kłujkę i wypija zawartość. Nie wiem – i wydaje mi się, że w ogóle nie jest to do końca jasne – dlaczego kowali bezskrzydłych jest w Warszawie tak dużo. Pewną odpowiedzią na to pytanie jest to, że w Polsce nie ma zbyt wielu lasów liściastych, te rosnące na żyznych glebach w wielu miejscach zostały bowiem wycięte pod uprawy – a w parkach często sadzono lipy, wobec czego jest tam wiele drzew dostępnych dla tych owadów. Populacje kowali w Warszawie są bardzo duże, często żyją one grupowo. Dobieranie się w grupy ma być wzmocnieniem sygnału czerwonego, oznaczającego: „Nie jedz mnie! Jestem potwornie niesmaczny”. Wiele ptaków nie jada kowali. Czytałem, że mogą się nimi pożywiać borsuki – tych jednak w mieście właściwie nie ma. Może więc – jako że jeden z głównych drapieżników zniknął – kowale ograniczone są tylko przez zasoby dostępne w danym miejscu, a w Warszawie jest ich akurat pod dostatkiem.

Wśród gatunków pojawiających się w środowisku miejskim może również nastąpić uwolnienie konkurencyjne, czy też tak zwany efekt pierwszeństwa. To zjawisko zaobserwowano na przykład w historii myszarki polnej w Warszawie. Otóż kiedy myszarka leśna i polna występują w tym samym środowisku, to ta pierwsza, jako większa, silniejsza i bardziej agresywna, wypiera konkurencyjnie tę drugą – albo zupełnie wypycha ją z danego środowiska, albo spycha ją z aktywności nocnej na mniej korzystną aktywność zmierzchową, kiedy jest jeszcze światło i przez to zwiększa się presja drapieżników. W przypadku Warszawy okazało się jednak, że myszarka polna, która wcześniej niż leśna dostosowała się do miejskiej tkanki, potrafiła osiągnąć duże liczebności i na początku konkurencyjnie wypierała myszarkę leśną, wchodzącą do tego miasta później. Przyszła tu jako pierwsza, więc lepiej rozumiejąc miasto i lepiej znając teren, potrafiła się tu rozwijać i tworzyć duże populacje, dzięki czemu nie pozwoliła myszarce leśnej przejąć tej przestrzeni.

Miasta cechują się również tym, że są suchsze i cieplejsze niż otaczające je środowisko. Występuje w nich zazwyczaj zjawisko miejskiej wyspy ciepła, wobec czego sprzyjają raczej gatunkom ciepłolubnym i sucholubnym. Dlatego często to właśnie miasta stają się przyczółkiem dla gatunków obcych, pochodzących z innej, cieplejszej strefy klimatycznej, które poza środowiskiem zurbanizowanym nie dałyby sobie rady. Jest tu dla nich wystarczająco ciepło, do tego zimy są łagodniejsze, często bez srogich mrozów.

Widać to dobrze na przykładzie żółwi czerwonolicych. Są to zwierzaki kupowane w sklepach zoologicznych. Dopóki są małe, nie ma problemu, ale gdy zaczynają rosnąć i osiągają duże rozmiary, niektórzy opiekunowie pozbywają się ich, wyrzucając je do pobliskiego stawu czy cieku wodnego. Ze względu na łagodniejsze zimy populacje tych żółwi utrzymują się w polskich miastach, chociaż nie jest to gatunek z naszej strefy klimatycznej. Jeśli się nie mylę, niższe temperatury wciąż są dla nich barierą reprodukcyjną, ale można przewidywać, że to się wkrótce zmieni.

Ogólnie rzecz biorąc, miasto jest środowiskiem, które dynamicznie się zmienia. Na przykład 30 czy 50 lat temu było zdecydowanie bardziej przyjazne dla wróbli. Dziś nie ma odchodów koni, z których wróble wyłuskiwały niestrawione nasiona, w świeżo ocieplanych i odnawianych blokach nie ma szczelin do gniazdowania, jest też znacznie mniej krzewów, w których wróblowate mogłyby się chować. Ta zmienność sprawia, że jedne gatunki dostosowują się do miasta, inne zaś przestają dawać sobie w nim radę, wobec czego miejski ekosystem nigdy nie jest pełny. 

Kwietnik i czernich, Stare Włochy, fot. Iga Bereszczyńska

Jak jeszcze zmiany w miastach wpływają na różne gatunki? Jeśli spojrzymy na tematy toczących się dziś dyskusji, to są to między innymi suburbanizacja, betonoza i grodzenie, często negatywnie wpływające na przestrzenie zielone.

Jako warszawiak, biolog i edukator przyrodniczy prowadzący zajęcia głównie w stolicy, jedynie to miasto baczniej obserwuję i tylko o nim mogę się wypowiadać w kontekście zachodzących zmian. Pomimo tych kwestii, które wymieniłaś, Warszawa wciąż postrzegana jest jako zielone miasto. Mamy wspaniałą Wisłę, której cały jeden brzeg jest niezabetonowany. Jest stosunkowo dużo zieleni parkowej, tuż za miastem Kampinos, Las Kabacki i Natoliński, a w środku niesamowity rezerwat Las Bielański. Równocześnie niestety całe obszary rozrastającej się Warszawy to dla mnie miejsca przerażające pod kątem przyrodniczym. Nowe osiedla to najczęściej bloki na blokach, o bardzo gęstej zabudowie. Mam wrażenie, że tam nie planuje się terenów zielonych ani nowych parków. Z kolei na osiedlach powstających przy dużych kompleksach leśnych całą potrzebę obcowania z przyrodą ma zaspokoić możliwość udania się na wycieczkę do pobliskiego lasu, pomija się zaś tworzenie parków czy obszarów zielonych na takich osiedlach lub dookoła nich.

Jeśli pojawia się tam zieleń, często jest „oszukana” – pod kilkudziesięciocentymetrową warstwą gleby mamy beton i parking podziemny. A procesy przyrodnicze są przecież zawiłe i skomplikowane – żeby drzewo mogło rosnąć, potrzebuje dostępu do głębokiej ziemi i wody. Dlatego w takich miejscach sadzi się karłowate odmiany drzew – inne bowiem szybko obumierają. Ten trend wydaje mi się smutny, bo zostaje coraz mniej miejsca dla przyrody. Jest to tendencja szkodliwa również z perspektywy jakości życia mieszkańców takich okolic. Publikuje się coraz więcej badań, które to potwierdzają.

Chciałabym nieco rozwinąć wątek tego, czego nie widać. Jakich barier dla zwierząt w przestrzeni miejskiej nie dostrzegamy?

Dla różnych organizmów barierą mogą być bardzo różne rzeczy. Na przykład intensywnie działająca fundacja Szklane Pułapki zwraca naszą uwagę na niewidoczne przeszkody niebezpieczne dla wielu gatunków ptaków – chodzi o szyby, z których składają się współczesne budynki i mała architektura, na przykład wiaty przystankowe. Lecący ptak nie dostrzega takiej szyby, zderza się z nią i najczęściej ginie wskutek przetrącenia kręgosłupa. Jest to więc przykład przeszkody, która wpływa na populacje miejskich i migrujących ptaków.

Kolejną barierą są grodzenia w ziemi. Wytłumaczę to na przykładzie: jeśli w kompleksie mieszkaniowym stoi blok w kształcie litery „C”, a w środku jest trawnik z drzewkami, to prawdopodobnie ta ziemia nigdy nie miała kontaktu z ziemią otaczającą taki kompleks. Wynika to z tego, że pod powierzchnią osiedla najczęściej nie ma ziemi, tylko podziemny parking. W rezultacie zwierzęta i inne organizmy żyjące pod powierzchnią, takie jak krety czy dżdżownice, nie mogą się swobodnie przemieszczać pomiędzy takimi porozdzielanymi betonem „wyspami gleby”. Istnieje cały podziemny świat grzybów i innych mikroorganizmów związanych z prawidłowym funkcjonowaniem procesów rozkładu oraz odzyskiwania substancji z rozkładających się szczątków, najczęściej roślinnych. Bez swobodnego ruchu zaangażowanych weń aktorów nie mogą się one poprawnie toczyć.

Zdecydowana większość gatunków roślin żyje w symbiotycznych, pozytywnych relacjach z grzybami – nazywamy to mikoryzą. Grzyby silnie wpływają na jakość życia drzewa, pozwalają mu osiągać sędziwy wiek dzięki możliwości pozyskiwania większej ilości wody, nawet gdy jest sucho. Jeśli jednak ciągle wymieniamy glebę albo odcinamy jej fragmenty, to nie ma tam miejsca dla grzybów, w takiej ziemi nie ma bowiem możliwości wykształcenia stabilnych i różnorodnych zespołów grzybów. Podobnie jest z kretami – mają dla siebie coraz mniej miejsca, żyje im się coraz trudniej i ich populacja w Warszawie maleje. 

Pszczolinka wiosenna, Stare Włochy, fot. Iga Bereszczyńska

Czy patrząc na mapę Warszawy, dostrzegasz zróżnicowanie albo jakiś trend w występowaniu i zanikaniu różnych gatunków zwierząt? Czy widzisz tu jakieś tendencje przestrzenne?

Rzadko rozważam sprawy pod takim szerszym kątem, czyli przestrzennie, bo zajmując się stawonogami i grzybami, patrzę głównie pod nogi, a więc widzę wszystko w małej skali. Są jednak miejsca, gdzie można zauważyć, że ta różnorodność biologiczna jest znacznie większa, a nawet występują tam gatunki rzadkie. Takim miejscem jest rezerwat Las Bielański położony blisko centrum Warszawy. Posiada on długą i bogatą historię – jego wyższa część była lasem suchszym, a niższa, nim wybudowano wały wzdłuż Wisły, była terenem bardzo wilgotnym, okresowo zalewanym. Dziś ze względu na zmiany stosunków wodnych zachodzą tam głębokie zmiany: wilgotny las się wysusza, grądowieje, co powoduje, że jedne gatunki się w nim pojawiają, a inne znikają. Niezależnie od aktualnych zmian w tym miejscu zawsze jednak był las; ta historia i ciągłość sprawiają, że jest tu duża różnorodność grzybów, występują też gatunki rzadkie albo związane z zamierającymi drzewami i martwym drewnem, których w innych miejscach w Warszawie nie spotkamy.

Skoro mowa o tendencjach i parkach w Warszawie, to w ostatnich latach obserwuję, że Zarząd Zieleni wprowadza rozwiązania sprzyjające różnorodności. Jednym z najlepszych przykładów jest park Fosa i Stoki Cytadeli. Osoba, która opiekuje się tym parkiem i parkiem Żeromskiego, ewidentnie zwraca uwagę na wzbogacanie bioróżnorodności. Jest tam cała specjalna przestrzeń oddzielona od reszty parku symboliczną bramą z gałęzi. Z tabliczki dowiadujemy się, że jest to miejsce, w którym przyroda jest najważniejsza, a człowiek wchodzi tam na własną odpowiedzialność, więc na przykład podczas wichury może spaść na niego konar. Wydzielenie takiej przestrzeni to jedna ze strategii minimalizowania naszego wpływu na ekosystem parkowy, nawet jeżeli dotyczy to jedynie małego jego fragmentu. Obecnie w różnych innych parkach – i nie tylko tam – spotkamy inicjatywy nastawione na wzrost bioróżnorodności: zostawia się liście pod drzewami, ogranicza koszenie na terenach zależnych od Zarządu Zieleni czy zakłada kompostowniki.

W parku Fosa i Stoki Cytadeli są dwa wielkie kompostowniki, w których zamieszkały traszki. Mogłoby się wydawać, że takich zwierząt nie ma w Warszawie, a tymczasem są. Jest tu ciek wodny, a gdzie woda, tam miejsce na rozwój larwalny. Dzięki kompostownikom traszki nie tylko mogą spędzić w tych okolicach sezon aktywny, ale mają też gdzie przezimować, co jest ważne dla wielu gatunków. Niestety w wielu parkach, które nie podlegają Zarządowi Zieleni, usuwa się opadłe liście, a praktyka dbania o przestrzeń sprowadza się tam raczej do nieustannego sprzątania, co zupełnie nie sprzyja dzikości.

Stonoga murowa, Park Arkadia, fotAgata Bonk

Jest też Las Natoliński. Toczy się dyskusja, czy należy otwierać tę enklawę.

Sam nigdy tam nie byłem, ale podobno jest to niesamowity i dziki teren cechujący się ogromną bioróżnorodnością. Jeśli w Warszawie jest jedno takie miejsce bez ludzi, to może warto je pozostawić w tym stanie? Może właśnie tu mogą się odnaleźć gatunki, które nie potrafią przekroczyć granicy bliskości człowieka? Często nawet nie zauważamy, jak silnie oddziałujemy na otaczającą nas przyrodę. Na przykład wiele zwierząt jest wrażliwych na kontakt z psami. Obecność psów w rezerwatach – bezpośrednia albo pośrednia (przez pozostawiane ślady i mocz) – może znacząco wpływać na dzikie zwierzęta, szczególnie na zachowanie ptaków i ssaków. Jeśli się nie mylę, to obowiązuje zakaz wprowadzania psów do rezerwatów. I tak jak ze względu na lokalizację Lasu Bielańskiego trudno sobie wyobrazić wprowadzenie tam zakazu wstępu dla psów, to skoro w granicach Warszawy istnieje jedno takie miejsce, w którym wpływ człowieka jest zminimalizowany (a mówimy tu także o innych jego aspektach: hałasie, oświetleniu czy elementach infrastruktury), to może powinno ono takie pozostać. Nie wszędzie musimy wchodzić i nie wszystko musi być dla nas.

A nieużytki? Jaka jest ich funkcja w podtrzymywaniu albo rozwijaniu różnorodności biologicznej w mieście?

Nieopodal mojego bloku na Bemowie, gdzie spędziłem większość życia, przez wiele lat była wydzielona metalową siatką działka przeznaczona pod przyszłą zabudowę. Teren ten był praktycznie nieużytkowany, jedynie raz na rok ktoś tam wchodził ścinać trawę. Jako dwunasto- czy czternastoletni dzieciak znałem to miejsce jako krainę ślimaków. Za każdym razem, gdy padał deszcz, wiele z nich decydowało się z tej krainy wydostać, próbowały przejść na inne części osiedla i zasiedlić jego kolejne zielone fragmenty. Za każdym razem, gdy to widziałem, przyglądałem się różnorodności gatunkowej ślimaków. Były wstężyki, ślimaki i nasze sławne winniczki. Potem okazało się, że żyje tam także jeż, a następnie dostrzegłem wiele gatunków roślin kwiatowych, tak zwanych chwastów; pojawiało się również wiele zapylaczy. To miejsce po prostu tętniło życiem.

Najbardziej związałem się z tą okolicą, gdy jako nastolatek niechcący rozgniotłem jednego z tych emigrujących ślimaków. To straszne doświadczenie, gdy słyszysz, jak go rozgniatasz. Potem przy okazji każdego deszczu, gdy wracałem ze szkoły, odnosiłem ślimaki z powrotem do ich krainy, żeby nikt ich nie rozdeptał albo żeby nie zginęły pod kołami samochodów. W ten sposób związałem się z tym miejscem i z tymi ślimakami. Niestety trzy lata temu wydarzyło się to, co było tej przestrzeni pisane: pokrył ją szczelnie kolejny blok. Po wylaniu fundamentów cała ta bioróżnorodność zniknęła. I nie ma już mojej krainy ślimaków, co do dziś mnie smuci.

Rozrastające się miasto domaga się przejęcia nieużytków. Są to najczęściej miejsca, które pozostają w takiej formie, w jakiej są, do czasu rozstrzygnięcia kwestii prawnych – dopóki nie zapadną decyzje o tym, co do kogo należy itd. Powstające na nich nowe zabudowania czy pojawiające się z nimi nowe funkcje tych miejsc mogą być wartościowe dla człowieka, ale teren zielony często usuwany jest bez żadnej rekompensaty, bez mrugnięcia okiem i przede wszystkim bez namysłu nad tym, co się tak naprawdę traci.

Skakun arlekinowy, Jezioro Torfy, fotAgata Bonk

Co można zrobić, żeby ten rozrost miasta nie odbywał się kosztem przyrody?

Mam wrażenie, że wiele pozostaje w gestii mieszkańców. Na przykład praktyki oczyszczania terenów zielonych najstraszniejsze formy przybierają często nie w parkach, lecz właśnie na terenach należących do zarządców budynków. Kiedyś przez dwa lata mieszkałem na Młocinach na nowym osiedlu i nigdy wcześniej na żadnych publicznych chodnikach w mieście nie widziałem, by sypano zimą takie ilości soli. Albo trawa przycinana jest do mikrodługości, „żeby było ładnie i czysto”.

To należy zmienić. Można się spotkać z taką wspólnotą mieszkaniową, pogadać i poszukać rozwiązań, które przekonają zarządcę budynku. Można tłumaczyć, że rzadsze koszenie trawy przynosi więcej korzyści nie tylko przyrodniczych, ale także dla nas – na przykład zmniejsza ryzyko suszy. Znam miejsca, gdzie mieszkańcy już w ten sposób działają i przekonują do zmian.

A Wisła? 

Przywiśle jest wspaniałe. Niesamowitym plusem tego obszaru jest stosunkowo duża ciągłość korytarza ekologicznego. Na długim odcinku jest tam zielona przestrzeń, w której mogą się przemieszczać większe zwierzęta. Niektóre gatunki wraz z dziećmi całe życie spędzają w jednej okolicy. Stawonogi są znacznie drobniejsze niż duże kręgowce, dlatego ich migracje dotyczą zwykle mniejszych odległości. Wiele dużych zwierząt potrzebuje jednak do życia większych przestrzeni albo chociaż zielonego korytarza, którym mogłyby migrować na spore dystanse w poszukiwaniu partnera albo pożywienia. Rzeczywiście ten kanał, jakim jest niezagospodarowana zielona część Wisły, pozwala łączyć wiele dzikich obszarów. To stosunkowo duży teren, rośnie tam wiele starych drzew. W ostatnich latach po praskiej stronie zaszły spore zmiany, powstała różnorodna infrastruktura, na przykład ścieżki piesze i rowerowe. To na pewno nadszarpnęło dzikość tego miejsca, ale ten brzeg rzeki nadal jest zielony i nieuregulowany. Wciąż można tam spotkać dzika, świetnie odnajdują się również bobry – można zobaczyć, jak pływają w Wiśle. To pokazuje, że musiały się jakoś dostosować do miejskich warunków oraz do tolerowania ciągłej obecności człowieka, bo w lesie czy w bardziej naturalnych warunkach nie tylko trudno je spotkać, ale też szybko uciekają.

Warto dodać, że takie zmniejszenie akceptowalnego dystansu jest najbardziej klasyczną zmianą w ramach procesu synurbanizacji. Ten termin oznacza dopasowywanie się gatunków albo konkretnych populacji do życia w miastach. To fascynujący proces, w którym gatunki funkcjonujące w miastach zaczynają traktować człowieka jako tło czy bodziec, który nie wymaga większej uwagi. Inaczej takie zwierzę nie robiłoby właściwie nic innego, tylko śledziło ruchy ludzi. Weźmy na przykład kosy – znacznie łatwiej zaobserwować je w mieście niż w Puszczy Białowieskiej, bo te leśne boją się człowieka. Ostatnie badania wiewiórek w Łazienkach Królewskich pokazały, że wykształciły się tam dwie populacje – pierwsza sięga po kontakt z człowiekiem i po oferowany przez niego pokarm, druga natomiast stroni od ludzi i pozostaje w oddaleniu. Widząc, jak często wiewiórki w Łazienkach podchodzą do ludzi, zawsze myślałem, że wszystkie się tak zachowują, tymczasem okazało się, że mieszka tam też wiele innych, nieufnych wiewiórek.

Wścieklica, Zakole Wawerskie, fot. Jonatan Audycki

Wspomnieliśmy o dwóch perspektywach czasowych. Pierwsza to Warszawa sprzed trzydziestu czy pięćdziesięciu lat, która wyglądała zupełnie inaczej. Druga to perspektywa twojego życia. Czy zmiany, które obserwujesz w mieście i podejściu do przyrody, układają się w jakieś aktualne narracje?

Na pewno coraz mocniejsza jest narracja rosnącej świadomości ekologicznej. Coraz więcej jest osób, które rozumieją wartość bioróżnorodności albo konieczność poszerzania terenów zielonych, patrząc również przez pryzmat zbliżającej się katastrofy klimatycznej. Często sięgają po dane, literaturę albo edukacyjne spacery przyrodnicze. Są też osoby, które bardzo mocno odbierają to emocjonalnie, nie będąc specjalistami w danej dziedzinie. Mieszkańcy coraz częściej dbają o swoje otoczenie i wywierają presję na lokalne władze – na przykład kiedy ktoś zamierza wyciąć stare drzewo na osiedlu, pytają o powody i protestują. Zaczynają domagać się niegrabienia opadłych liści i objęcia terenów zielonych ochroną.

Trend myślenia ekologicznego ma też jednak swoje pułapki. Na przykład na przystanku pojawia się reklama oklejona czymś, co nazwane jest „oddychającą zieloną ścianą”. Jeśli ktoś to rozumie, to wie, że są to farbowane martwe porosty – chrobotek. Nie jest to żywy organizm, nie może też pomóc w niczym poza promocją. Sęk w tym, że nie każdy musi to wiedzieć, w szkole niestety tego nie uczą. To oszustwo, manipulacja twórców takiej reklamy, wykorzystująca właśnie budzące się w ludziach myślenie ekologiczne. Czasami na fali takiego myślenia i z chęci pomocy innym gatunkom – co jest z założenia wartościowe – tworzy się coś, co nie jest ani funkcjonalne, ani pomocne. Czasami dzieje się tak na przykład w ramach budżetów obywatelskich. Dobrym przykładem są domki dla owadów, które żeby działać, muszą być skonstruowane i zlokalizowane w bardzo konkretny sposób, począwszy od odpowiednich materiałów, przez nasłonecznienie, dostęp do wody i roślin w okolicy, żeby zapylacze miały czym się posilić.

Druga narracja, jaką obserwuję, dotyczy rozrastających się osiedli podmiejskich, gdzie pozostaje niewiele miejsca dla przyrody, ale i dla człowieka – wspominaliśmy już zresztą o tym problemie. Pozostaje tylko pytanie, czy mądre działania nastawione na ochronę różnorodności biologicznej pozwolą zrównoważyć ten pierścień gęstej zabudowy wokół Warszawy. Myślę, że warto się nad tym zastanowić i przeprowadzić takie badania. 

 

Igor Siedlecki – edukator przyrodniczy, specjalizuje się w tematach ekologicznych i entomologicznych. Współtworzy kolektyw edukacyjny Akademia Dzikiej Ochoty. Dotychczas współpracował między innymi z takimi instytucjami jak Zarząd Zieleni m.st. Warszawy, Nowy Teatr, Teatr Powszechny, Muzeum w Żelazowej Woli, Łazienki Królewskie oraz Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie. Jako doktorant na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego bada symbiozę mrówek i grzybów w Ogrodzie Botanicznym. Lubi przyglądać się otaczającej go przyrodzie i zastanawiać się, dlaczego wygląda ona właśnie tak, a nie inaczej.