Miasto mniej wymuskane

O podglądaniu ptaków, docenianiu pozytywnych zmian oraz literackim opisywaniu przyrody ze Stanisławem Łubieńskim rozmawia Weronika Zalewska

 

W ramach swojej zróżnicowanej działalności przyrodniczej i edukacyjnej piszesz książki, prowadzisz bloga Dzika Ochota i organizujesz spacery mające na celu edukację ekologiczną oraz obserwację bioróżnorodności. Jesteś też ornitologiem. Wyobrażam sobie, że dużo spacerujesz po Warszawie, obserwując ptaki, badając dzikie zakątki miasta i analizując relacje ludzi z przyrodą. Jak według Ciebie ma się warszawska bioróżnorodność? 

Całkiem nieźle. Wiąże się to między innymi z tym, że Warszawa oferuje zróżnicowane siedliska – przez miasto przepływa wielka rzeka, są tu stare lasy i parki, a także pola i zabagnienia. Wydaje się więc, że to całkiem zielona metropolia. Oczywiście podobnie można powiedzieć o Polsce, gdzie zbiorczo jest „całkiem nieźle”, ale w rzeczywistości obserwujemy generalny spadek bioróżnorodności – choć być może nie widać tego na pierwszy rzut oka.

Ja jestem nastawiony na ptaki, a to jest temat, który podlega nawet sezonowym zmianom. Na przykład nie zawsze na zimę przylatują jemiołuszki. Myślę, że trudno porównywać obserwacje sprzed lat z dzisiejszymi. Kiedyś na pewno było więcej ptaków, za to dziś więcej jest ornitologów amatorów i jesteśmy lepiej zorganizowani. Kiedyś była to grupa w porywach kilkudziesięciu osób, dzisiaj jest nas pewnie kilkuset. Stopień zaawansowania także bywa wyższy niż kiedyś ze względu na dostęp do informacji – aplikacji, nagrań czy fachowych społeczności w Internecie. Poza tym dokonał się niezwykły skok techniczny – dziś każdy ma lornetkę, wielu ptasiarzy również lunetę, powszechnie dostępne są aparaty, którymi można zrobić rewelacyjne zdjęcia dokumentacyjne. 

Jakieś pięć lat temu wymyśliłem zabawę „Wielki Warszawski Rok”, która polega na tym, że przez rok obserwuje się ptaki w Warszawie – chodzi o to, żeby zobaczyć jak najwięcej gatunków. Może wydawać się to osobliwym pomysłem, szczególnie nieptasiarzom, ale rzeczywiście działa i napędza ludzi do chodzenia w teren. Co roku wspólnymi siłami (około 20 uczestników) obserwujemy w stolicy około 215 gatunków ptaków. Dzięki naszej zabawie zaobserwowaliśmy też kilka gatunków dawniej nierejestrowanych na tym terenie. Myślę, że świetnie zmapowaliśmy miasto.

Wracając do warszawskiej bioróżnorodności: ptaków z pewnością było kiedyś więcej, ale z biegiem czasu samo miasto także bardzo się zmieniło. Kilkadziesiąt lat temu było inne, inne były też zamieszkujące czy odwiedzające je ptaki. W tak krótkim (w perspektywie historii naturalnej) czasie ptaki również się zmieniają. Z historycznych danych wiem między innymi, że przed wojną w parkach nie było kaczek, że kosy nie zimowały w Warszawie do lat 60. XX wieku, a sroka pojawiła się w Śródmieściu w latach 50. Dla nas są to oczywiste gatunki, ale jeszcze w pokoleniu naszych dziadków czy starszych rodziców wcale tak nie było. 

fot. Tomasz Kaczor

Sądzisz, że zmiana w obecności konkretnych gatunków w mieście wiąże się z tym, co my, ludzie pozostawiamy jako potencjalne źródło ich pożywienia? Domyślam się, że wrony, sroki czy gołębie szybko przystosowały się do miejskich warunków, żywiąc się resztkami z ludzkich stołów.

Jeśli chodzi o śmieci, są one powszechnym źródłem pożywienia dla ptaków. Tylko co to jest śmieć? Śmieciem można nazwać między innymi końskie kupy, które były podstawą diety wróbli. Wróble jadły kiedyś głównie owies – kiedy z Warszawy zniknęły konie, a pojawiły się samochody, nastąpiło pierwsze załamanie ich populacji. Wtedy wróbel nauczył się korzystać ze śmietników. Teraz z kolei śmietniki są coraz częściej zamykane, a śmieci pakowane w szczelne worki.

Z pewnością miasto stwarza wiele możliwości dla zwierząt, nie tylko ptaków. Jest tu zawsze dużo jedzenia, choć oczywiście trzeba się trochę postarać, żeby do niego dotrzeć. Niskie jest także zagrożenie ze strony drapieżników. Taki rodzaj udogodnień z pewnością preferują gatunki w jakiś sposób elastyczne. Wszystkie inne, które są wąsko wyspecjalizowane albo naturalnie płochliwe, nie radzą sobie w miastach i zazwyczaj się z nich wycofują.

Właściwie z całego Mazowsza zniknęły na przykład dzierlatki. To takie miejskie skowronki, z czubkiem na głowie. Dzierlatka jest bardzo ciekawa, bo była pospolitym ptakiem nieużytków i obszarów częściowo przekształconych, na przykład wielkich placów budowy. Spotykało się ją wszędzie tam, gdzie powstawały nowe osiedla. W Warszawie już jej nie ma, parę lat temu była jeszcze widywana w Radomiu. Co się stało, że to wszystko przestało dzierlatce odpowiadać? Budowy nie zniknęły, ale być może baza żerowa w jakiś sposób się zmniejszyła albo istnieją jakieś inne czynniki jej odejścia, których nie umiemy wyczuć ani znaleźć.

Wróbel, o którym wcześniej wspomniałeś i którego wciąż widujemy w Polsce, w niektórych krajach jest zagrożony, nierzadko nawet na skraju wyginięcia. Taki stan ma zróżnicowane przyczyny – od kwestii pestycydów używanych na polach i ogólniej transformacji rolnej, przez obecność kotów, które polują na małe ptaki czy gryzonie, aż po kwestię szyb czy szklanych struktur, na przykład wiat przystankowych, które zabijają całe populacje ptaków. Oczywiście punktem wspólnym wszystkich tych przykładów jest człowiek i jego działalność. Jakie według Ciebie są największe zagrożenia dla ptaków w mieście?

To są częściowo rzeczy, o których wspomniałaś. Oczywiście zagęszczenie puszczanych wolno kotów jest w miastach bardzo duże. Oczywiście te szklane powierzchnie – nie tylko okna, ale właśnie przystanki czy ekrany dźwiękowe – są ogromnym niebezpieczeństwem, co zostało zbadane przez fundację Szklane Pułapki. Jest jednak coś jeszcze. Profesor Maciej Luniak napisał niedawno artykuł o rewitalizacjach, które nazywa „rewaloryzacjami”. Wynika z niego, że rewitalizacje parków zawsze wiążą się ze spadkiem liczebności ptaków i prowadzą do uszczuplenia ich różnorodności. Przyrody nie zostawia się w mieście w spokoju, tylko wiecznie się przy niej grzebie, a niestety te wszystkie prace porządkowe rzadko jej sprzyjają.

To także problem estetyczny. Na początku pandemii miasto na chwilę zapomniało o koszeniu trawników – i okazało się, że wysokie trawy mogą być miejscem obfitym, pełnym różnorodności. Dyskusja pod hasłem „kosić czy nie kosić?” okazała się wyjątkowo emocjonalna, jednak patrząc choćby na ilość sadzonych łąk kwietnych, czuję, że myślenie nieco się zmienia. Powoli przestajemy postrzegać naturę jako „bałagan”, który człowiek – szczególnie zachodni – koniecznie musi uporządkować.

W Warszawie dokonał się w tej kwestii kolosalny postęp. Kiedyś w ogóle nie było takiej dyskusji, a teraz normą jest, że trawniki kosi się dwa razy w roku. Łąki kwietne to także dobra moda, chociaż wolałbym po prostu spontaniczne łąki, których nie trzeba siać, tylko same się „robią”; cieszy mnie jednak widok celowo wysianych w miastach chwastów polnych, które prawie zniknęły na wsi, którą odwiedzam. Dokonuje się ewolucja świadomości – i, co ciekawe, dzieje się ona w mieście. Często mam poczucie dużego dysonansu, kiedy jadę na wieś i widzę zachwyt maksymalnym porządkowaniem. Oczywiście nie wszyscy kochają dzikie łąki, ale powstanie i działalność takich instytucji jak Zarząd Zieleni to gigantyczny krok naprzód, który bardzo dużo w tej kwestii zmienił.

Dzikość może wydawać się czymś ambiwalentnym i dziwnym w kontekście miasta, które jest tworem nastawionym na inne potrzeby. Tu ujawnia się jednak potencjał miasta jako przestrzeni edukacyjnej. Opowiedz o projekcie Dzika Ochota i Akademii Dzikiej Ochoty – jak pokazać, że przyroda nie jest czymś niebezpiecznym, groźnym?

Dzika Ochota to fanpage, który założyłem, pisząc Dwanaście srok za ogon, bo nie wiedziałem, jak się pisze książki przyrodnicze. Wtedy w Polsce nie było zbyt wielu przekładów, a wszystkie starsze teksty były raczej ramotami. Fanpage służył do testowania języka opisu ptaków i sprawdzania, jaka skala poetyckości nie będzie przegięciem [śmiech].

Jeszcze zanim ukazała się książka, na obozie ornitologicznym poznałem Igora Siedleckiego, który obecnie jest doktorantem na Wydziale Biologii UW i zajmuje się symbiozą mrówek i grzybów. Prowadziłem już wtedy trochę spacerów z różnych okazji, na przykład Światowego Dnia Ptaków we wrześniu czy Zimowego Ptakoliczenia w styczniu. To akcje organizowane przez OTOP – zgłaszałem im swoje wycieczki, przychodzili sąsiedzi, znajomi i osoby, które zaczęły czytać moje pierwsze gazetowe teksty o ptakach. Poczułem, że sprawia mi to przyjemność i jest pożyteczne. Zgadaliśmy się z Igorem, że takie spacery fajnie byłoby robić także dla szkół i przedszkoli – i tak założyliśmy Akademię Dzikiej Ochoty, razem z Michałem Boreckim, który nie jest co prawda przyrodnikiem, ale ma nadzwyczajną odwagę do rozkręcania inicjatyw [śmiech]. Michał pokazał nam zupełnie inny horyzont i zaczęliśmy robić spacery dla różnych instytucji, między innymi Zarządu Zieleni. Fajnie to szło, świetnie się dopełnialiśmy. Ja znam się na ptakach, Igor zna się na owadach, ale też trochę na wszystkim, bo jest biologiem. Korzystaliśmy również z kompetencji naszych znajomych przyrodników. Wprawdzie teraz z okazji pandemii Akademia Dzikiej Ochoty jest w fazie lekkiego uśpienia, ale mamy nadzieję, że będziemy jeszcze działać.

fot. Agnieszka Redzisz

Jak wygląda edukacja podczas takich spacerów? Domyślam się, że przychodzą na nie dzieci przyprowadzone przez zaciekawionych rodziców, ale jestem ciekawa przede wszystkim różnych relacji z przyrodą i reakcji na nią.

Tak, na spacery przychodzą dzieci, których rodzice interesują się swoimi dziećmi i przyrodą. Dzieci są jednak często w nie „wrabiane” i nie wahają się wyrazić swojego niezadowolenia czy znudzenia [śmiech]. Wolę prowadzić spacery z dorosłymi, bo dorośli zazwyczaj chcą tam być i zazwyczaj wiedzą, po co tam są. W naszej grupie świetne jest właśnie to, że dzielimy się zadaniami i każdy z edukatorów robi to, co najbardziej go interesuje. Wśród uczestników spacerów obserwujemy bardzo duży głód wiedzy, który jest w dużym stopniu niezaspokojony.

W ciągu zaledwie sześciu lat, od kiedy ukazała się moja książka, mnóstwo się zmieniło, również dlatego, że spacery przyrodnicze pojawiły się w ofercie wielu instytucji. Akademia to były dość pionierskie ruchy i wydawało się dziwne i zabawne, że znajoma pisze nagle: „Wiesz, przeczytałam Twoją książkę, może zrobiłbyś spacer dla Zachęty?”. Teraz każda szanująca się instytucja w mieście chce robić takie rzeczy.

Myślę też, że spacery i działania edukacyjne przekładają się bezpośrednio na to, że dużo ludzi chce się angażować w sprawy związane z ochroną przyrody w mieście. To też jest fajne i ważne. Nareszcie działa społeczna kontrola. Nie chcę demonizować urzędników, ale kiedy chodzi na przykład o wycinki drzew, to ogromnie się cieszę, że nie przechodzą już niezauważone – to również kwestia dosłownie kilku ostatnich lat. Akurat teraz, kiedy rozmawiamy, jestem na wsi i widzę, że szykuje się wycinka ostatnich drzew, które mam przed oknem. Nikt się przeciwko temu nie buntuje, nikt nie docenia ich historycznej, przyrodniczej ani klimatycznej wartości. Serce mi się kraje, kiedy patrzę na to, jak poprzycinano dwustuletnie przydrożne lipy. Robią to ludzie, którzy mają piłę, ale żadnego przygotowania dendrologicznego czy arborystycznego i żadnej wrażliwości wobec drzew. Tu nikt nie przejmuje się tym, że wycina się stare drzewa. Jeśli nigdy nie zadasz sobie pytania, co znaczy dla ciebie to stare drzewo albo nie spróbujesz sobie wyobrazić, że ono już rosło, kiedy żył tutaj twój dziadek czy pradziadek, i że on też na nie patrzył… wtedy może cię to nie przejmie. Albo przejmie cię o trzy lata za późno, kiedy będzie już po wszystkim.

Częstym argumentem używanym przy okazji wycinek jest „bezpieczeństwo”, szczególnie w przypadku drzew rosnących przy drodze.

Co do bezpieczeństwa, to każdy przypadek jest inny. Nie można powiedzieć, że gałęzie ogólnie nie przeszkadzają albo ogólnie przeszkadzają – to zależy od konkretnego drzewa, konkretnej sytuacji i tego, gdzie takie drzewo rośnie. Jeśli na środku trawnika w środku parku, to niech sobie ma te gałęzie. Ale jeśli rośnie nad ulicą czy nad chodnikiem, to trzeba jednak przewidywać różne sytuacje i najgorsze scenariusze. Rzeczywiście w parku Praskim jedno z drzew runęło na ludzi i pracownicy Zarządu Zieleni do dziś są w tej sprawie ciągani po sądach. Ja bym się cieszył, gdyby w parkach zostawiano zawsze dziki kawałek, z minimalnymi ingerencjami, żeby koszono raz w roku i nie wywożono liści. Reszta może pełnić funkcje rekreacyjne i te obszary mogą być bardziej uładzone. Ogólnie rzecz ujmując, chciałbym, żeby miasto było mniej wymuskane. 

Przez to stałoby się bardziej przyjazne i lepsze do życia, prawda? Weźmy choćby wątek utylitarny, czyli pozytywne oddziaływanie obecności drzew na chłodzenie budynków i dróg w miastach w upalne lata, zwalczanie zanieczyszczeń czy podnoszenie komfortu psychicznego mieszkańców dzięki możliwości obcowania z przyrodą.

Jest wiele badań, które pokazują, jak wielki wpływ ma obecność zieleni na nasz szeroko rozumiany dobrostan. Brak dostępu do zieleni to jedno z obliczy wykluczenia, związanego na przykład z pozycją społeczną czy warunkami finansowymi. Często w biedniejszych dzielnicach jest mniej zieleni. Oczywiście w takim miejscu jak Warszawa, czyli mieście z trudną historią, nic nie jest jasne – jeśli ktoś mieszka w blokach z lat 60., to z całą pewnością wokół siebie ma dużo zieleni, mimo że nie jest to zieleń wliczana w kategorię „parki”. Pewnie pod tym względem osoba taka ma znacznie lepiej niż ktoś, kto kupił mieszkanie w apartamentowcu na Woli, gdzie niemal całą działkę zajmuje budynek, a wokół jest tylko skrawek trawnika i parę krzaczków podsypanych korą. 

Niestety rzadko powstają nowe parki. Ciągle w niewystarczającym stopniu dba się o zieleń – a gdy mówię o dbaniu, mam na myśli pielęgnowanie, nie chodzi mi o strzyżenie trawników do gołej ziemi. Wiele warszawskich drzew – również tych dojrzałych, a więc najcenniejszych – jest w złej kondycji z powodów, które widać na pierwszy rzut oka: ich korzenie mają za mało przestrzeni; albo dopuszcza się parkowanie na tych korzeniach; albo wokół pnia nie ma miejsca, gdzie woda może swobodnie wsiąkać w glebę; albo kostka zwyczajnie gniecie korzenie i uniemożliwia wymianę gazową, której drzewo potrzebuje. Często na terenach zarządzanych przez dzielnice, ale też na prywatnych działkach widać dużo partackiego cięcia. Z perspektywy czasu trudno nam połączyć fakty, ale drzewo przycięte 7 lat temu nagle okazuje się spróchniałe w środku. To spróchnienie bierze się ze złego cięcia – kiedy tnie się zbyt duże konary, do środka może wejść na przykład grzyb. Nazywa się to górnolotnie wrotami infekcji.

Mam taką zabawę: „jeżdżę” po Warszawie w Google Street View i oglądam, jak wyglądały różne drzewa w różnych momentach w ciągu ostatnich dziesięciu lat. To bardzo interesujące – koło mojego domu na Filtrowej pozostały bodajże trzy drzewa, do tego w złym stanie; niebawem z pewnością ich również nie będzie. Ze zdziwieniem odkryłem, że jeszcze dziesięć lat temu był tam cały szpaler drzew, naprawdę było o co walczyć. Chodnik wyłożono jednak kostką, zostawiono im bardzo małą przestrzeń i wszystkie po kolei uschły. I tu pojawia się kluczowe pytanie: jak wycenić takie drzewo? To tzw. usługi ekosystemowe – określenie, którego nie lubię, bo ekonomizuje przyrodę, ale wiem, że przemawia ludziom do wyobraźni. Czy dało się zagospodarować tę okolicę lepiej? Sadzimy nowe drzewa, a tymczasem jest też dużo takich, które na przykład od 40 lat rosną w niesprzyjających warunkach – dlaczego ich nie chronić, nie inwestować w nie?

W Śródmieściu powstaje właśnie plac Pięciu Rogów i posadzono tam duże klony polne, które przyjechały… z Holandii. Wydaje się, że większość dużych drzew, które sadzi się w Warszawie, przyjeżdża właśnie stamtąd, co jednak uważam za lekki absurd. Nie chcę nawet myśleć, ile to kosztuje. Trzeba też będzie zatroszczyć się o to, żeby te drzewa się przyjęły, a nie uschły za cztery lata, co w mieście jest jednak całkiem możliwe. Siewka wyrasta w bardzo konkretnych warunkach klimatycznych, potrzebuje określonej wilgotności… Dlatego najlepsze są samosiejki, bo wyrastają tam, gdzie im przypasowało. A kiedy sprowadzasz takie drzewo ze szkółki w Holandii, jaką masz gwarancję, że spodoba mu się na placu Pięciu Rogów?

Takie samosiejki spotykamy chyba głównie na miejskich nieużytkach.

Człowiek nazywa tak tereny, które są dla niego nieużyteczne, bo nie mają praktycznej funkcji. A przecież potrzebujemy takich miejsc – to są gotowe parki. Ludziom nie mieści się jednak w głowie, że nieużytki można po prostu zostawić w spokoju, wytyczyć tam ścieżki, czasem skosić. Takie działania są trudne, bo niespektakularne. Lepiej zbudować trzy place zabaw, dwie siłownie plenerowe i boisko do siatkówki plażowej. Panuje przekonanie, że teren zadbany i dobrze zarządzany poznamy po tym, że jeżdżą po nim koparka i spychacz, a na trawniku stoją ciężarówki. A potem pojawia się tablica z obowiązkową informacją, skąd pochodzą fundusze na to gospodarzenie.

Takie dzikie parki mogłyby pewnie mocno kłuć w oczy, kiedy grunty są na wagę złota. Łatwiej wtedy o argument, że dzikość jednak powinna zostać poza miastem. Wracamy zatem do kwestii zarządzania gruntami: miejskie „nieużytki” są zbyt często po prostu sprzedawane w prywatne ręce, zamiast być na przykład dzierżawione, tak, by miasto za 20 czy 30 lat mogło reewaluować ich przeznaczenie. Ciekawym przykładem „nieużytku” może być Zakole Wawerskie, czyli ważny ekosystem na nieustannie połykanych przez Warszawę peryferiach.

Tak, Zakole nie jest wcale tak daleko – to niecałe 10 kilometrów od Pałacu Kultury. Wszędzie dookoła wyrosły osiedla, a tam nie, więc poziom frustracji właścicieli tych gruntów, których nie można sprzedać deweloperom, jest oczywiście olbrzymi. Z drugiej strony, jeśli spojrzysz na zdjęcia lotnicze Gocławia sprzed 50 lat, to zobaczysz, że to musiało być nadzwyczajne przyrodniczo miejsce. Były tam wszędzie strumyczki, jeziorka, starorzecza, łąki… Bardzo mnie zajmuje wyobrażanie sobie, jakie to miasto musiało być wtedy albo jeszcze dawniej. Chciałbym odwiedzić tę Warszawę sprzed lat – nie po to, żeby zachwycać się przedwojennymi budynkami, ale żeby zobaczyć, jak na przykład pod koniec XIX wieku wyglądała Stara Ochota. Na zachód od placu Narutowicza były glinianki. Ciekawe, co tam wtedy żyło? Z naszej perspektywy taki krajobraz jest niewyobrażalny.

fot. Tomasz Kaczor

A jaki widzisz potencjał w tworzeniu narracji i pisaniu książek o przyrodzie? 

Potencjał widzę dość mizerny, bo ludzie nie czytają zbyt wielu książek. Pewnie powinno się robić filmy i seriale, które mogłyby przybliżyć niektóre tematy szerszej publiczności. Z pewnością ważna jest regularność, ale też poszukiwanie nowych wątków – nie można zasiedzieć się w jednym temacie. Mógłbym pisać o ptakach, ale chciałem to poszerzyć i stąd wzięło się pisanie o śmieciach, a w dłuższej perspektywie o przyrodzie w ogóle. Co jakieś 3 tygodnie staram się napisać tekst dla „Gazety Wyborczej” i dużo się przy tej okazji uczę.

Mam poczucie, że w Polsce wciąż powstaje niewiele książek na tematy przyrodnicze. Potrzebne jest pisanie i tworzenie narracji, która dotąd pozostawała nieobecna, wymyślanie języka, którego nie było. Zależy mi na tym, by o przyrodzie pisano nie tylko informacyjnie, popularnonaukowo, ale też literacko. Takich autorów wciąż jest niewielu.

Pójdźmy tropem literackich metafor: jak według Ciebie zwierzęta widzą miasto? Oczywiście z pewnością każdy gatunek postrzega je inaczej, ale zastanówmy się: czym może ono być dla nieludzi?

W książce, którą napisałem sześć lat temu, przedstawiłem wizję, że ptaki widzą miasto jako naturalny krajobraz. Możemy sobie wyobrazić, że dla nich bloki to jakieś skaliste góry, ulice między kamienicami to wąwozy, place budowy to stepy. Myślę, że w dużym stopniu tak właśnie jest, ale dochodzi pewien ważny czynnik, który uniemożliwia wielu zwierzętom pojawienie się w mieście – jest nim obecność człowieka. W takich miejscach są w stanie się znaleźć wyłącznie zwierzęta stosunkowo mało płochliwe, w dużym stopniu elastyczne. Mnóstwo ptaków wybiera miejsca, które imitują ich naturalne, dzikie siedliska – sokoły mieszkają na wieżowcach, tak jak mieszkają w wysokich skałach. Sikorki mieszkają na latarniach, które działają dla nich jak dziuple. Kopciuszki mieszkają w miejscach, które przypominają ich ojczyznę – rumowiska skalne. 

Dużą różnicę robią zapewne hałas i światło, które mogą zaburzać ich funkcjonowanie.

To trafna i słuszna uwaga. Niebywałe, jak bardzo to się nasila, nie tylko w miastach. Wszędzie pojawia się oświetlenie i bardzo mało jest miejsc, gdzie nie słyszysz skądś aut. Siatka dróg się zagęszcza, ruch jest coraz bardziej intensywny. Wspomniane już Zakole Wawerskie jest właśnie taką przestrzenią, w której można ulec wrażeniu, że jest się w Puszczy Białowieskiej, szczególnie w czerwcu, gdy jest tam dużo liści i nie widać trasy szybkiego ruchu. Zawsze jednak jest tam hałas – o każdej porze dnia i roku słyszysz trasę Siekierkowską. Jej budowa z pewnością bardzo zmieniła to miejsce.

A jakie są inne Twoje ulubione miejsca do obserwowania przyrody w Warszawie?

Bardzo ważny jest korytarz wiślany. Wisła wydaje się nam czymś oczywistym, a 10 lat temu uważano, że to są chaszcze, gdzie siedzą pijacy i można wdepnąć w kupę. Potem dzięki Markowi Piwowarskiemu, ówczesnemu dyrektorowi Zarządu Zieleni, miasto zrobiło ścieżkę rowerową i spacerową, która okazała się wielkim hitem. W jakiś sposób miasto w końcu otworzyło się na rzekę. Bardzo lubię też Las Bielański, który jest jednym z dwóch prastarych lasów w Warszawie. Drugi to Las Natoliński, czyli mały ogrodzony rezerwat, do którego bardzo trudno się dostać – można wejść tam tylko z przewodnikiem. Znam go znacznie słabiej, natomiast Las Bielański jest miejscem wybitnie ciekawym; zawsze, kiedy tam jestem, dostrzegam coś, co zostaje mi w pamięci. To nieczęsta sytuacja, że w tak dużym mieście znajduje się las, który ma wiele cech lasu naturalnego. Są tam oczywiście sukcesje i rośliny niepożądane, ale generalnie widać ciągłość naturalnych procesów. Lubię też obszary polne na granicach Warszawy, na przykład w okolicach Wilanowa. To są na ogół hotspoty bioróżnorodności. Jest też Jezioro Lisowskie i wielki podmokły obszar, gdzie działają bobry. To miejsce bardzo bogate przyrodniczo i obawiam się, że w przyszłości może zostać zajęte przez deweloperów; póki co jest tam pewnie zbyt mokro. Jest też mekka warszawskich ptasiarzy, czyli jezioro Zgorzała, zabudowywane zresztą z każdej strony. Albo dzikie pola Białołęki.

A czy masz jakieś rady dotyczące oddolnego dbania o bioróżnorodność? Coś, co każdy i każda z nas może zrobić na własną rękę?

Rzadsze koszenie, grabienie, wywożenie liści – to kluczowe sprawy w zarządzaniu zielenią. Myślę, że warto wywierać presję na lokalne władze, żeby wprowadzały te dobre praktyki. Niestety ludzie rzadko chwalą dobre działania, zazwyczaj zgłaszają się wyłącznie ci, którym coś się nie podoba. Dzielnicowe Wydziały Ochrony Środowiska zawsze narzekają, że dzwonią do nich tylko osoby, które chcą, żeby kosić trawniki. Nikt nie zadzwoni z podziękowaniem i nie powie, że to świetna sprawa, że wyrosła ładna, spontaniczna łączka. Tym bardziej warto zauważać i doceniać pozytywne zmiany, które zachodzą wokół nas – to sygnał dla władz, że robią to dobrze. W mieście łatwo tworzyć sieci sąsiedzkie, koleżeńskie – myślę, że poczucie wspólnoty w świecie, który tak szybko i niepokojąco się zmienia, jest bardzo ważne. Tematem, który może nas połączyć, jest właśnie ochrona środowiska i mądre dbanie o nasze otoczenie.

fot. Tomasz Kaczor

 

Stanisław Łubieński – pisarz, dziennikarz, z zamiłowania przyrodnik. Regularnie pisuje do „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” i „Dwutygodnika”. Autor książek: reportażu historycznego Pirat stepowy i nagrodzonych Nike Czytelników esejów poświęconych ludziom i ptakom Dwanaście srok za ogon. W najnowszym zbiorze esejów pt. Książka o śmieciach przygląda się katastrofie ekologicznej i patologiom współczesnej cywilizacji. Prowadzi bloga Dzika Ochota, od kilku lat podczas spacerów przyrodniczych pokazuje warszawiakom dzikszą stronę ich miasta.