Korzyści ze współobecności

Z Piotrem Budzińskim o strategiach dotyczących zwierząt wolno żyjących w polskich miastach rozmawia Magda Grabowska

Właśnie obroniłeś pracę magisterską „Polityki miejskie wokół zwierząt wolno żyjących” w Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych (EUROREG). Gratulacje! Skąd wziąłeś pomysł na temat?

Kiedyś podczas spotkania ze znajomymi zaczęliśmy rozmawiać o gołębiach w mieście. Wiele osób wypowiadało się o nich negatywnie, mówiąc, że to szkodniki i latające szczury. Zainspirowało mnie to do zbadania, czy działają tylko na niekorzyść miasta czy też, przeciwnie, wnoszą coś do lokalnego ekosystemu. Zrobiłem zarys obecności tych ptaków w przestrzeni miejskiej i udałem się na spotkanie do Biura Ochrony Środowiska w warszawskim Urzędzie Miasta. Po długiej rozmowie z przedstawicielką tej jednostki postanowiłem rozszerzyć temat i objąć namysłem wszystkie zwierzęta w mieście – nie każdy gatunek z osobna, ale zwierzęta jako grupę.

Czy któreś są Ci szczególnie bliskie?

Nie mam z nimi głębszych relacji. Zawsze dostrzegam wolno żyjące koty. Mieszkam na Muranowie i u nas na podwórku żyje taki kot. Wszyscy go znają i nikt go nie tępi. Na pewno trochę nam pomaga w kwestii myszy czy innych szkodników. W międzyczasie zgłębiłem także temat krukowatych, których zdolności kognitywne są rozwinięte lepiej niż u większości ptaków. Mają lepszą pamięć, szybko się uczą, zapamiętują ludzkie twarze. Zawsze myślałem, że miejskie ptaki głównie bytują.

Jaką metodę pracy przyjąłeś?

Dwa główne elementy mojej pracy to ankieta i wywiad z przedstawicielką Wydziału ds. Zwierząt Biura Ochrony Środowiska Urzędu m.st. Warszawy. Na początku musiałem zdecydować, kto będzie odbiorcą ankiety. Razem z moim promotorem Adamem Płoszajem wybraliśmy miasta na prawach powiatu jako jednostki, które są podobne pod względem zadań administracyjnych, różnią się natomiast wielkością, liczbą mieszkańców i specyfiką – między innymi liczbą zwierząt i stopniem zazielenienia miasta. Wysłałem ankiety mailowo do wszystkich sześćdziesięciu sześciu miast na prawach powiatu, do wydziałów (na przykład Wydział Ochrony Środowiska) oraz – jeśli istniały – do bardziej wyspecjalizowanych jednostek (jak Biuro ds. Zwierząt). Otrzymałem odpowiedzi z czterdziestu czterech. Ankieta składała się głównie z pytań zamkniętych, choć było też kilka otwartych. Miasta reagowały dość szybko, ich zaangażowanie było satysfakcjonujące. Odpowiedzi dały obraz sytuacji w danym miejscu z wielu perspektyw. Dowiedziałem się między innymi, czy zwierzęta w mieście stanowią zdaniem urzędników problem, czy miasto dysponuje budżetem pozwalającym regulować te kwestie, w jaki sposób prowadzi te działania i z jakimi trudnościami zmaga się na co dzień w kwestii zwierząt wolno żyjących.

Jakie stworzenia masz właściwie na myśli, gdy mówisz o zwierzętach wolno żyjących w mieście?

W mieście spotyka się wiele ptaków, zarówno wodnych, jak i żyjących na lądzie. Jest mnóstwo ssaków, począwszy od kotów, przez zwierzęta pojawiające się incydentalnie, typowo leśne. Są gady w parkach i lasach miejskich, płazy przy zbiornikach wodnych. Mamy gryzonie, szczury, myszy. I owady, tak jak wszędzie. 

Warto zwrócić uwagę, że psy – nawet te bezpańskie – nie mogą być traktowane jako zwierzęta wolno żyjące w mieście. Różnica między biegającymi wolno kotem i psem jest taka, że koty są traktowane jako wolno żyjące, a psy jako bezdomne. Kotów się nie wyłapuje i nie zabiera do schronisk, za to psy tak. Pies albo ma właściciela, albo jest traktowany jako bezdomny.

Skąd te wolno żyjące zwierzęta wzięły się w mieście?

Można na to spojrzeć z perspektywy dwóch procesów, które toczą się od bardzo dawna i dziś mówimy o nich już w innym kontekście. Pierwszy to urbanizacja, czyli osiedlanie się ludzi w miastach. Kiedyś traktowano urbanizację jako proces powstawania miast, dziś mówi się o ich rozszerzaniu się. Rosnąca populacja generuje potrzebę budowy kolejnych bloków i infrastruktury. Miasto się rozlewa i człowiek wkracza na okoliczne tereny, często dotąd zajmowane przez zwierzęta. Te zaś mogą albo opuścić tę przestrzeń i znaleźć sobie inną, albo walczyć, albo się przystosować. Pojawia się zatem proces synurbizacji, czyli adaptacji do otoczenia miejskiego. Zwierzęta nie tyle się podporządkowują, ile zaczynają korzystać z obecności ludzi.

Dlaczego pozostają w miastach?

Mają tu łatwiejszy dostęp do pożywienia – znajdują je w koszach na śmieci i altanach śmietnikowych. Ludzie produkują i wyrzucają mnóstwo jedzenia. Jest zdecydowanie gorszej jakości niż to, którym się żywiły, gdy żyły w swoich naturalnych środowiskach, z drugiej jednak strony jest łatwe do zdobycia. Poza tym do miasta bardzo rzadko wkraczają duże drapieżniki, co zwiększa bezpieczeństwo zwierząt wolno żyjących. Jest wiele miejsc do bytowania, kryjówek. Zwierzęta nie muszą na przykład tracić energii na wykopanie sobie nory, ponieważ jest mnóstwo nieużytków – budynków, poddaszy czy piwnic, z których mogą korzystać. Poza tym w mieście w nocy jest jasno, dlatego można dłużej polować i szukać pożywienia. Pomaga to choćby nietoperzom – żywią się one między innymi owadami, które ciągną do światła, wobec czego okolice latarni stają się dla nich wielką stołówką. Nie muszą się nawet starać, wystarczy, że przylecą pod latarnię, i będzie tam masa owadów. W mieście jest też cieplej. 

A czy miasta korzystają z ich obecności?

Obecność gołębi tworzy pewien miejski klimat, na przykład na placach. Bez ich obecności byłoby inaczej, może nawet dziwnie. Bywają atrakcją, szczególnie dla seniorów, którzy często je karmią. Podobnie z kotami – wielu opiekunów kotów wolno żyjących to osoby starsze. Traktują te zwierzęta jak swoje, dokarmiają je i dbają o to, żeby koty wiedziały, że mogą wrócić w to samo miejsce i znajdą tam pożywienie. Koty polują na gryzonie, dzięki czemu w mieście jest mniej szczurów i myszy. Ponadto dzięki obecności gadów, płazów i nietoperzy zmniejsza się liczba owadów, na przykład much, komarów i meszek, które bywają natarczywe. Człowiek ich nie lubi, a te zwierzęta się nimi żywią.

Z punktu widzenia ochrony przyrody, jeśli na danym obszarze bytują zwierzęta objęte ochroną, to nie można ich stamtąd usunąć. Dzięki temu naturalne tereny w mieście pozostają względnie dzikie. Prawo zabrania niszczenia siedlisk zwierząt będących pod ochroną, więc deweloperzy ich nie przejmują.

Jakie konflikty mogą wystąpić w związku z obecnością zwierząt wolno żyjących w miastach?

Wydaje mi się, że konfliktów jest mniej niż korzyści. Wiele napięć wynika z tego, że mieszkańcy nie rozumieją, jakie korzyści przynoszą zwierzęta, i że mają one takie same prawo do życia w mieście jak my. Niektóre konflikty, jak zabrudzenia z odchodów ptaków na elewacjach budynków czy samochodach, są oczywiste – jest to odczuwalne na co dzień. Zdarza się, że zwierzęta z lasu przychodzą na przedmieścia, a niekiedy zapuszczają się także głębiej, w bardziej centralne okolice, szczególnie na terenach przywiślanych. Nie stanowi to jednak większego zagrożenia. Weźmy na przykład dziki – atakują one tylko wówczas, gdy zostaną sprowokowane. Mimo to ich obecność wywołuje u ludzi strach, może więc wywiązać się konflikt. Konflikty wybuchają także pomiędzy stowarzyszeniami zajmującymi się ochroną zwierząt a deweloperami, którzy chcą zajmować nowe tereny, nie dbając o to, że bytują tam wolno żyjące koty albo zwierzęta chronione.

Jakie są zagrożenia dla zwierząt w mieście?

Podstawowym zagrożeniem jest człowiek, który często po prostu je tępi. Poza tym wiele ptaków i zwierząt, które poruszają się po ziemi, ginie pod kołami pojazdów. Podobnie groźne są obiekty szklane, ptaki ich bowiem nie zauważają i często uderzają w szyby albo przezroczyste ekrany dźwiękoszczelne. Sporym zagrożeniem jest też pożywienie, które nie jest dla nich przeznaczone, a do tego często jest mocno zmodyfikowane i wywołuje różne choroby. Podobnie z wodą – zwierzęta korzystają z rozmaitych miejskich cieków wodnych, niekoniecznie czystych, przez co pojawiają się u nich choroby i pasożyty. Przenoszenie patogenów jest zaś częstsze ze względu na większą liczbę zwierząt skupionych na mniejszej przestrzeni niż to bywa w naturalnym środowisku. 

Wróćmy do wyników Twoich badań. Co najbardziej Cię zaskoczyło?

Miasta mogły odpowiedzieć na pytanie o to, czy dysponują budżetem na działania związane ze zwierzętami wolno żyjącymi i czy jest on wystarczający. Gdy dostałem informację o jego wysokości, przeliczyłem go na liczbę mieszkańców, żeby móc je ze sobą porównać. Większość miast plasujących się na końcu listy, czyli mających najmniej środków w przeliczeniu na jednego mieszkańca, odpowiedziała, że im tych pieniędzy wystarcza; miasta z największym budżetem deklarowały natomiast, brakuje im funduszy. Wydawałoby się, że powinno być odwrotnie. Z drugiej strony może ta nieduża ilość bywa wystarczająca?

Wykres 1. Źródło: Piotr Budziński, „Polityki wokół zwierząt wolno żyjących” [praca magisterska], 2021.

Kwoty przeznaczane na pomoc zwierzętom wolno żyjącym są różne, od kilku do kilkunastu tysięcy, a w jednym przypadku nawet kilkunastu milionów złotych rocznie. Najwyższym budżetem dysponują Warszawa, Grudziądz i Przemyśl, najniższym zaś Legnica, Biała Podlaska i Włocławek. W przeliczeniu per capita najwięcej pieniędzy na działania związane ze zwierzętami wolno żyjącymi w mieście wydają Grudziądz, Przemyśl i Warszawa, a najmniej Legnica, Włocławek i Katowice.

Czy obecność tych zwierząt jest definiowana przez miasta – albo raczej ich włodarzy – jako problem?

Sama obecność zwierząt nie jest ujmowana jako problem. Na podstawie ankiety, którą przeprowadziłem, można jednak wyróżnić gatunki uznawane za bardziej kłopotliwe od innych.

Wykres 2. Źródło: Piotr Budziński, „Polityki wokół zwierząt wolno żyjących” [praca magisterska], 2021.

Pierwsza grupa to dziki. Choć pojawiają się w mieście incydentalnie, traktowane są jako niebezpieczeństwo, dlatego wiele miast definiuje ich obecność jako problem – tym bardziej, że w niektórych przypadkach dzikom zdarzało się wchodzić do centrum. W innych miastach istnieją regulacje dotyczące zakazu odstrzału dzików – wtedy trzeba znaleźć sposób, by przetransportować je na inne tereny. Problematyczne są też gołębie, przede wszystkim ze względu na odchody, które zostawiają. Kolejna grupa to psy, zwłaszcza w kontekście ich bezdomności. Dalej szczury, które przynoszą więcej szkód niż korzyści. Ostatnie pięć grup (ptactwo gniazdujące, nietoperze, jerzyki, ptactwo wodne oraz żaby i inne płazy) to zwierzęta, którym w mojej ocenie trudno przypisać jakiekolwiek szkodliwe działanie. Postrzeganie ich jako problematycznych może wynikać ze strachu lub stereotypów i wydaje mi się bezpodstawne.

Czy monitorowanie występowania zwierząt wolno żyjących w mieście jest podstawą do planowania działań i budowania budżetów?

W ankiecie pytałem, czy miasta monitorują liczbę zwierząt wolno żyjących i czy prowadzą roczne statystyki.

Wykres 3. Źródło: Piotr Budziński, „Polityki wokół zwierząt wolno żyjących” [praca magisterska], 2021.

Zdecydowana większość miast odpowiedziała, że tego nie robią. Podstawą do planowania budżetu, a następnie sprawdzania, czy prowadzone działania przynoszą pozytywne rezultaty, powinno być monitorowanie, czy na przykład po roku następują jakieś zmiany. Trudno jednak te zwierzęta zliczyć i wiedzieć dokładnie, gdzie występują. W Warszawie jedynie koty wolno żyjące są skrupulatnie liczone. Jest nawet mapa ich występowania i mniej więcej wiadomo, ile ich jest.

Jakie działania miasta podejmują wobec zwierząt wolno żyjących?

Zacznę od stwierdzenia, że większość miast w ogóle podejmuje jakiekolwiek działania wobec tych zwierząt. Mają na to środki finansowe i planują to w swych budżetach.

Wykres 4. Źródło: Piotr Budziński, „Polityki wokół zwierząt wolno żyjących” [praca magisterska], 2021.

To są podstawowe kwestie i można się cieszyć, że tak wiele miast odpowiedziało na to pytanie pozytywnie; nikt spośród ankietowanych nie wybrał odpowiedzi „raczej nie” ani „zdecydowanie nie”.

Skądinąd miasta nie do końca mają wybór w kwestii prowadzenia takich działań, bo istnieje akt prawny, który narzuca na gminy wiele zobowiązań w tym zakresie, czyli Ustawa o ochronie zwierząt z 1997 roku. Kwestie przeciwdziałania bezdomności, wyłapywania zwierząt i tworzenia schronisk są zatem regulowane odgórnie.

Wykres 5. Źródło: Piotr Budziński, „Polityki wokół zwierząt wolno żyjących” [praca magisterska], 2021.

Miasta działają w tych obszarach bardzo prężnie, realizując programy dedykowane zwierzętom. Dodatkowo prowadzone są akcje sterylizacji i kastracji zwierząt bezdomnych oraz kotów wolno żyjących, po czym koty wypuszczane są w miejsca, w których zostały wyłapane. Prowadzone są też projekty edukacyjne, choć liczba miast deklarujących aktywność w tym zakresie pozostaje niewielka. Urzędy współpracują także z różnymi organizacjami zajmującymi się kwestią zwierząt wolno żyjących. Zlecają część doraźnych działań związanych z ochroną poprzez konkursy, w których wybierane są fundacje i stowarzyszenia otrzymujące środki finansowe na ich wykonanie. Są także mieszkańcy, którzy działają indywidualnie w ramach wolontariatu czy większych zorganizowanych akcji. Takimi wolontariuszami są także opiekunowie wolno żyjących kotów, którzy raz na kwartał otrzymują pakiet karmy finansowanej przez miasto oraz mogą wziąć udział w prostym szkoleniu.

Wykres 6. Źródło: Piotr Budziński, „Polityki wokół zwierząt wolno żyjących” [praca magisterska], 2021.

Urzędy w różny sposób realizują zadania dotyczące zwierząt wolno żyjących. Bywają one realizowane samodzielnie lub zlecane sektorowi prywatnemu albo samorządom, co w mojej ocenie jest pozytywnym zjawiskiem.

Wspominałeś o Ustawie o ochronie zwierząt. Czy są jakieś inne narzędzia pozwalające miastom działać na rzecz zwierząt wolno żyjących?

Ustawa sporo narzuca, chociażby coroczny Program Przeciwdziałania Bezdomności Zwierząt. Miasta mogą też podejmować inne akcje, które uznają za potrzebne. W każdym mieście funkcjonuje jednostka zajmująca się kwestiami przyrodniczymi, jednak nie we wszystkich znajduje się oddział zajmujący się zwierzętami wolno żyjącymi. Uważam, że jest ich za mało – taka placówka przydałaby się w każdym mieście.

Wykres 7. Źródło: Piotr Budziński, „Polityki wokół zwierząt wolno żyjących” [praca magisterska], 2021.

W badanych 44 miastach funkcjonuje ich 15. W Warszawie oprócz samego urzędu i organizacji pozarządowych każda dzielnica ma swoją jednostkę, działają też instytucje budżetowe. Jest schronisko, działa straż miejska, a w jej ramach EKO Patrol ratujący zwierzęta mające problem ze zdrowiem, na przykład złamane skrzydło. Działań jest tyle, na ile wystarcza pieniędzy.

Płynnie przeszliśmy w ten sposób do Warszawy. Jaki jest budżet tutejszego ratusza na programy dedykowane zwierzętom wolno żyjącym?

Warszawa ma najwyższy budżet w całej Polsce jako miasto z największą liczbą mieszkańców – i prawdopodobnie również zwierząt. Rocznie przeznacza 14,5 mln złotych na działania dotyczące tych wolno żyjących. Kwota wydaje się ogromna, lecz mimo to uznawana jest za niewystarczającą. Podczas rozmowy z przedstawicielką stołecznego Biura Ochrony Środowiska usłyszałem, że w ostatnim kwartale niektórych działań nie da się kontynuować i trzeba poczekać do kolejnego roku budżetowego.

Z czym jeszcze mierzą się warszawscy urzędnicy, którzy dbają o zwierzęta w mieście?

W Warszawie powstaje wiele nowych osiedli i inwestycji, często pojawiają się więc konflikty na linii miasto–deweloperzy. Niestety pomimo funkcjonowania Ustawy o ochronie zwierząt miasto nie zawsze jest na wygranej pozycji. Prawo ma bowiem pewne luki, które deweloperzy sprytnie wykorzystują – na przykład w ustawie nie ma definicji kota wolno żyjącego ani związanego z nią zakazu jego przesiedlania, na które można by było się powołać. Deweloperzy często grają zatem tym, że nie wiedzą, czy dane koty są bezdomne, czy wolno żyjące. Jest to spory problem w kontekście wyburzania starych zabudowań. Pojawiają się także konflikty z administratorami budynków i wspólnotami – administratorzy często przeganiają koty żyjące w piwnicach. Poza tym w czasie remontów, np. termoizolacji, często niszczone są siedliska ptaków. W przypadku jerzyków istnieją regulacje prawne stanowiące, że w wyznaczonych okresach roku zabronione jest zalepianie dziur w elewacjach, mogą się tam bowiem znajdować pisklęta. Nie dotyczy to jednak wszystkich ptaków i administratorzy często nie zwracają na to uwagi.

Jak miasto na to odpowiada?

Warszawa prowadzi działania edukacyjne, by mieszkańcy i deweloperzy lepiej rozumieli te kwestie. Jest sporo akcji społecznych, na przykład plakaty na przystankach czy ulotki dystrybuowane przez urzędy dzielnic. Tak powinno być w każdym mieście. Ratusz współpracuje z dużą liczbą organizacji pozarządowych, jest też około 3000 opiekunów na około 30 000 kotów wolno żyjących. Skrupulatnie realizowany jest Program Opieki nad Zwierzętami Bezdomnymi i Zapobiegania Bezdomności, a także inne dedykowane programy. Koty wolno żyjące i bezdomne psy są odławiane i sterylizowane, a te, które mają opiekunów, również mogą zostać wysterylizowane w ramach budżetu miasta. Warszawa współpracuje z klinikami weterynaryjnymi, jednak pula bezpłatnych sterylizacji zwykle dość szybko się kończy, bo ludzie chętnie korzystają z tej możliwości. 

Gdy porównuję ogólne dane zebrane we wszystkich miastach ze szczegółowym obrazem, jaki mam na temat Warszawy, wypada ona bardzo dobrze. Nie jest to jednak do końca sprawiedliwa ocena, bo sytuację w stolicy przeanalizowałem dogłębniej niż odpowiedzi z pozostałych miast, wrzucone niejako do jednego worka. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że wygląda to bardzo ciekawie i całkiem nieźle działa.

Czyli według Ciebie funkcjonuje co najmniej wystarczająco?

Przydałoby się więcej działań u podstaw i budowanie świadomości, że zwierzęta mają takie samo prawo do życia w mieście jak my – choć jest to oczywiście dość idealistyczna wizja. To my przyszliśmy kiedyś na ich terytorium. Niestety, myśląc o mieście, myślimy zwykle o ludziach, a nie o zwierzętach. Rozmowa ze znajomymi, o której wspomniałem na samym początku, wyglądałaby inaczej, gdyby ktoś z moich rozmówców był świadom korzyści wynikających z obecności gołębi w mieście. Przydałoby się też więcej akcji edukacyjnych nastawionych na to, by traktować zwierzęta nie jak szkodniki, tylko jako współmieszkańców, z poszanowaniem ich praw. Niestety w tak zwanej deweloperce pieniądze często wygrywają z podejściem prozwierzęcym. Inwestorzy robią, co chcą, dostają pozwolenia na budowę w miejscach, w których nie powinni, przepisy są naginane.

Polityki miejskie warto planować na gruncie podstawowych danych – statystyk i ewaluacji już zrealizowanych działań. To mogłoby również stanowić punkt wyjścia do lepszego budżetowania – łatwiej byłoby zaplanować finanse na ten cel, opierając się na twardych danych pokazujących trendy. Aby uniknąć konfliktów na linii ludzie–zwierzęta, należałoby też wypełnić luki w ustawie, która wprawdzie reguluje obecnie wiele kwestii, ale nie wszystkie. Powinny także powstać specjalistyczne jednostki w urzędach miast – wzorem mógłby być Wydział Spraw Zwierząt funkcjonujący przy stołecznym Biurze Ochrony Środowiska. Pomogłoby także wyspecjalizowanie działań miasta w kwestii zwierząt wolno żyjących oraz stworzenie małych jednostek budżetowych, które mogłyby się zająć konkretnymi zadaniami – tak jak funkcjonuje to na przykład w Warszawie.

Piotr Budziński – absolwent Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych (EUROREG) na Uniwersytecie Warszawskim. Autor pracy magisterskiej pod tytułem „Polityki miejskie wobec zwierząt wolno żyjących” (2021). Zawodowo związany z nieruchomościami, w wolnym czasie trenuje baseball w stołecznej drużynie Warsaw Dragons.