Jesteśmy jak mafia

chronimy przed zagrożeniem, które sami stwarzamy.
Z biologiem Adamem Kaplerem o łąkach kwietnych, nostalgii za dzikością i inicjatywach na rzecz przyrody w mieście rozmawia Aleksandra Litorowicz

 

Czy jeśli położę się na łące kwietniej, nie zrobię jej krzywdy?

Niestety możesz zrobić. Zwłaszcza jeśli położysz się na łące jednorocznej, dwuletniej albo mieszance delikatnych roślin ozdobnych. Co innego na wieloletniej, zwłaszcza jeśli została już parę razy skoszona i na przykład jest po pierwszym czy drugim letnim pokosie. Wtedy możesz się położyć, rozłożyć kocyk, popiknikować albo pograć w badmintona.

Botanicy biją niekiedy na alarm, że taka miejska łąka może stać się rozsadnikiem gatunków inwazyjnych, potencjalnie groźnych dla naszych rodzimych kwiatów. Krakowscy botanicy krytykowali na przykład łąki przy alei Powstania Warszawskiego wzdłuż Ogrodu Botanicznego UJ, choć posiane tam rośliny to albo przedstawiciele flory krajowej – z nasion pieczołowicie zebranych na Mazowszu i Lubelszczyźnie – albo kwiatki wprawdzie pochodzące spoza Europy Centralnej, ale od lat uprawiane na łąkach miejskich Niemiec i Czech, znane z nieinwazyjnego charakteru. Jak przystało na rośliny jednoroczne albo dwuletnie, znikną jak sen złoty. Dla miejskich łąkarzy oraz włodarzy z ratusza problemem jest właśnie zachowanie ich obecności w następnych latach. Konieczny bywa coroczny podsiew i zaorywanie części powierzchni takiej łąki.

Fajnie wyszło zdziczanie Pól Mokotowskich w Warszawie. Zanik ślicznych, aczkolwiek krótkowiecznych kwiatków – kąkolu wysmukłego, smagliczki nadmorskiej, złocienia polnego, ślazu mauretańskiego oraz lnicy marokańskiej – z miejskiej łąki można potraktować jako estetyczną klęskę, ale także „ochroniarski” sukces. W ten sposób wykazano przecież, że te gatunki nie zagrożą rodzimym, czego tak się obawiano w Krakowie. Jeżeli jednak chcemy podziwiać je po zimie, to musimy przygotować glebę, a potem pracowicie je dosiać.

W warunkach Pól Mokotowskich znacznie trwalsza okazała się koszona co dwa lata łąka średnio wilgotna z okolic ulicy Rostafińskich. Zarówno zwykłym spacerowiczkom, jak i zawodowym botaniczkom z Uniwersytetu Warszawskiego bardzo podobają się łany dziurawców, koniczyny czerwonej czy chabrów i bodziszków łąkowych. Przede wszystkim jednak korzystają z nich trzmiele oraz ich „złe sobowtóry”: trzmielce vel brzmiki, których bioróżnorodność zbliża się tu do wartości znanych z ostępów Puszczy Kampinoskiej. Doprecyzujmy, że brzmiki są „niedobre” dla trzmieli, bo zachowują się jak kukułki, natomiast „dobre” dla roślin i ludzi, bo zapylają kwiaty długorurkowe i grzbieciste, niedostępne dla pszczoły miodnej i jej samotnych siostrzyc.

Łąki kwietne, fot. lakikwietne.pl

Ostatnio można zaobserwować dużą popularność łąk kwietnych. Dlaczego? Skąd w ogóle wziął się pomysł, żeby sadzić je w miastach?

My, polskie łąkarki i łąkarze, pracujemy właśnie nad stworzeniem i upowszechnieniem oficjalnej definicji „miejskiej łąki kwietnej” i zadajemy sobie to samo pytanie. Przypuszczam, że początek takich łąk był dość spontaniczny i wydarzył się albo w Kalifornii, albo w Wielkiej Brytanii, czyli tam, gdzie istniała idea nieuporządkowanych ogrodów, tradycyjnego ogrodnictwa naturalistycznego i dzikości w miastach. Prekursorzy takich łąk rzadziej kosili trawniki i wprowadzali coraz więcej rodzimych gatunków odpornych na wielkomiejskie warunki. Łąki tworzyły się też samoistnie na nieużytkach w postaci tego, co akurat wyrosło, czy tego, co miejscowi rolnicy zasiali tam w przeszłości. Z czasem ten trend się skomercjalizował i ujęto go w biznesowe i naukowe karby. Powstały prywatne firmy, które się w tym specjalizują, głównie niemieckie, holenderskie, brytyjskie i czeskie, a potem pojawili się także ich polscy naśladowcy i podwykonawcy. Przodownikami w zakładaniu łąk kwietnych w Europie są Niemcy i Wielka Brytania – polskie firmy i fundacje zajmujące się tworzeniem i pielęgnacją miejskich łąk często w większym lub mniejszym stopniu naśladują ich pomysły.

Możesz powiedzieć nam coś więcej o tym, jak komponuje się miejskie łąki kwietne?

Teraz w miastach występują chociażby łąki solniskowe – przy samych jezdniach czy chodnikach, gdzie sypie się dużo chlorku sodu NaCl. Sadzi się tu na przykład gatunki nadmorskie, z solanek w Ciechocinku czy z solnisk nad Morzem Czarnym lub Kaspijskim. W pierwszej kolejności takie, które już wcześniej wykazały się pewnym potencjałem dekoracyjnym, na przykład zawciąg morski albo zatrwian tatarski. Taka łąka przetrwa w mieście, gdzie oprócz piasku nie żałuje się chlorków. Choć od solenia też stopniowo się odchodzi – zamiast chlorku sodu, a tym bardziej droższych odeń soli potasowych, sypie się na przykład mocznik, piasek czy fusy kawowe.

Pojawiają się jednak także głosy krytyczne wobec idei łąk kwietnych przy drogach.

To prawda. Zbyt bujna roślinność przeszkadza na przykład niektórym kierowcom, ogranicza bowiem widoczność. Część ornitologów czy chiropterologów twierdzi, że łąka kwietna przy samej drodze stanowi śmiertelną pułapkę dla ptaków i nietoperzy – polując na owady, zwierzęta będą zderzać się z pojazdami; podobnie część owadów będzie rozbijać się o szyby pojazdów. Trzeba to jednak zniuansować, a opinie fachowców w tej sprawie są podzielone. Jedni uważają takie obawy za wydumany problem podnoszony przez ludzi, którzy chcieliby wszystko zabetonować; drudzy przeciwnie, upierają się, że faktycznie dochodzi do takich kolizji.

Łąki kwietne, fot. lakikwietne.pl

Czyli za ideą łąk kwietnych w mieście stoi pomysł zdziczania przestrzeni, trochę na wzór ogrodów angielskich. Takie zdziczenie sprzyja bioróżnorodności. Czym ona właściwie jest w miejskim kontekście?

Bioróżnorodnością w mieście nazywam bogactwo wszystkich organizmów żywych, jakie nam towarzyszą – czy tego chcemy, czy nie.

Dlaczego zachowanie bioróżnorodności jest takie ważne?

Choćby z powodów czysto pragmatycznych. Im więcej zieleni w mieście, tym ludzie są zdrowsi i odporniejsi. Słabszy jest też efekt miejskiej wyspy ciepła, szkodliwy dla człowieka. Z drugiej strony z powodu tego, że w mieście jest cieplej niż na peryferiach czy na wsiach, wcześniej zaczyna się tu wegetacja i wcześniej budzą się te wszystkie zwierzątka, które sobie smacznie spały – zarówno bezkręgowce, jak i kręgowce. Natomiast zieleń chroni przed hałasem, a także przed pyłem, smogiem, zanieczyszczeniami ze spalin miejskich, z kotłowni i piecyków. Mam tu na myśli zarówno duże drzewa o gęsto ulistnionych koronach, jak i łąki kwietne, zwłaszcza te obfitujące wysokie byliny o liściach i łodygach pokrytych woskiem albo mocno „włochatych”, czyli kutnerowatych. Wychwytują dużo pyłów, a to rzeczywiście pozytywnie wpływa na zdrowie, szczególnie dzieci, seniorów czy osób z alergiami. Kontakt z przyrodą może też mieć pozytywny wpływ na zdrowie psychiczne.

Czy można powiedzieć, że istnieje coś takiego jak nostalgia za dzikością?

Oczywiście. Dziś coraz więcej ludzi żyje w wielkich miastach. Brakuje im kontaktu z przyrodą. Z drugiej strony zwierzęta tracą swoje siedliska, bo intensyfikuje się rolnictwo. Warto zauważyć, że obecnie na wsiach używa się znacznie więcej herbicydów, pestycydów i środków ochrony roślin niż w miastach. Dlatego, paradoksalnie, miód z miejskich pasiek bywa lepszy od tego ze wsi. W mieście ludzie zwykle nie polują na zwierzęta, więc – znowu paradoksalnie – zwierzaki są tu często bezpieczniejsze niż na terenach odludnych, gdzie są narażone na presję kłusowników, a także czworonożnych, łuskoskórych i skrzydlatych drapieżników. Wszystko się więc zmienia, a w miastach pojawia się coraz więcej zwierząt. Do tego katastrofa klimatyczna sprawi, że będą się nasilać migracje – zarówno zwierząt, jak i roślin.

Spójrzmy na to z perspektywy historycznej i zastanówmy się: dlaczego wraz z rozwojem miast tak mocno odcięliśmy się od natury? Dopiero teraz pojawiają się pomysły, żeby zacząć do niej wracać. Kiedyś chyba ściślej współbytowaliśmy z przyrodą?

O życiu całej biosfery zadecydowała tak zwana rewolucja neolityczna, czyli „wynalezienie” wsi i miasta. Nasi przodkowie łowcy-zbieracze doskonale orientowali się w życiu zwierząt, zwłaszcza tych, które ich zjadały albo które sami łowili. Ale dopiero przejście na osiadły tryb życia zintensyfikowało nasze kontakty z trzodą oraz insektami. Wymieniliśmy się z nimi chociażby fauną tasiemców i glist, mamy zatem bogate wspólne życie wewnętrzne. Od czasu wielkich odkryć geograficznych flora i fauna Ziemi ulegała stopniowego zubożeniu, a zarazem ujednoliceniu. Zupełnie jak globalna kultura, w tym różnorodność ludzkich języków.

Mało tego! Ludzie mają dość wyjątkową strategię życiową. Pod tym względem o dziwo bliżej nam do strategii bakterii, a nie typowych organizmów eukariotycznych, czyli mających jądro komórkowe. Uważamy mianowicie, że środowisko ma się dostosować do nas, a nie my do niego. Nie uciekamy z niekorzystnego habitatu, tylko go zmieniamy. Jeśli nie podoba nam się las, to go wycinamy. Jeśli nie podoba nam się bagno, to je osuszamy. Potem zamykamy się w miastach i dalej zmieniamy środowisko, a swoją tęsknotę za naturą niwelujemy poprzez wycieczki, trzymanie w domu zwierząt albo zakładanie parków, zieleńców i ogrodów zoologicznych.

Czyli odgradzamy się od przyrody, a jednak nas do niej ciągnie.

Tak, to jest takie napięcie, jak ze spaniem i czuwaniem – raz chce nam się spać, a raz wprost przeciwnie.

Co człowiek może zrobić, żeby ułatwić zwierzętom życie w mieście?

Przede wszystkim chronić je przed ludźmi, którzy najchętniej by to wszystko zabetonowali, wycięli w pień i zalali roundupem. Chociaż może to taka niedźwiedzia przysługa, bo jesteśmy jak mafia, chroniąca przed zagrożeniem, które sama stwarza. Z drugiej strony wiadomo, że nie ocalimy wszystkiego, co byśmy chcieli – ale możemy ocalić znacznie więcej, niż gdybyśmy nie podejmowali żadnych działań.

Jak dzikie zwierzęta radzą sobie w mieście?

Jedne lepiej, drugie gorzej. Najlepiej radzą sobie te, które od początku ciągnęły do człowieka, bo miały z nim jakiś wspólny interes, a człowiek z nimi już niekoniecznie. Mam na myśli te wszystkie myszy i szczury pustoszące spiżarnie czy spichlerze, a także pluskwy i komary, które wysysają nam krew i które człowiek zwalcza. Gorzej radzą sobie te, które dopiero teraz z musu zaczęły stykać się z ludźmi, gdy wielkie metropolie zetknęły się bezpośrednio z ich ostojami lub korytarzami ekologicznymi. W Warszawie i okolicach są to łosie, dziki i wilki zachodzące tu z Puszczy Kampinoskiej, bieliki nad warszawską Wisłą czy te słowiki i bączki (ptaki, nie owady) spod stacji metra.

Czyli powinniśmy się zastanowić, zanim zaczniemy zwalczać na przykład komary?

Zdecydowanie. My, mieszkańcy i władze Unii Europejskiej, i tak robimy to w sposób dość humanitarny i narzucamy te normy innym, biedniejszym krajom, chociażby państwom afrykańskim albo najmłodszym członkom UE. Od kilkunastu lat powraca w Polsce dyskusja o tym, dlaczego władze tak mało robią z komarami i meszkami w naszych wsiach i miastach. Takie jest prawo w Polsce i całej UE – nie stosuje się wielu pestycydów, bo szkodziłyby pszczołom, trzmielom i motylom. Szkodziłyby również samym ludziom, a także wszystkim bezkręgowcom, które żyją w stawach i rzekach, a są pożywieniem dla ryb i ptaków.

To cały krąg zależności. Więc tak naprawdę nie powinniśmy zabijać komarów?

Czasem nie mamy wyboru. Te ssące krew są nie tylko uciążliwe, lecz także groźne dla zdrowia publicznego. Najgorsze są gatunki ciepłolubne znad Morza Śródziemnego, Czarnego i Kaspijskiego, bo roznoszą groźne choroby, jak malaria, żółta febra, denga czy leiszmaniozy. Na dwie ostatnie wciąż nie ma szczepionki. Malaria dopiero pod koniec 2021 roku doczekała się szczepionki dopuszczonej do powszechnego użytku. W miarę jak klimat będzie się ocieplał, te choroby zaczną pojawiać się także w Polsce. Dawniej ich zarazki i nośniki – na przykład zarodźce malaryczne i komary widliszki – także docierały na nasze ziemie, jednak nie były w stanie się zadomowić, a tym bardziej wywołać epidemii, z uwagi na lepszy stan opieki zdrowotnej oraz chłodniejszy klimat. Pojawiały się też po wojnach światowych. Ludzie wracali na przykład z Afryki Północnej czy Azji Środkowej – z niewoli czy wraz z armią Andersa – i przywozili malarię czy żółtą febrę, a później w Polsce ugryzł ich komar. I choroba się roznosiła.

Rośliny mają analogiczny problem z mszycami i w ogóle z pluskwiakami. Już pal licho tę utratę soków! My ludzie też na niej korzystamy, bo lubimy miód spadziowy – płacimy zań więcej niż za inne miody. Problem w tym, że mszyce zarażają rośliny mnóstwem chorób wirusowych. Dla nich oznacza to śmierć, a dla nas straty plonów tudzież brzydotę kwietników.

Komary, karaluchy czy szczury to stworzenia, które żyją blisko ludzi i są przez nich traktowane jak szkodniki. A jak to jest z organizmami bardziej oddalonymi od człowieka?

To te, które w zasadzie nie lubią kontaktu z nami, ale nie mają wyboru, i albo muszą się przystosować do naszej obecności, albo wyginą. To na przykład łosie, sarny, wilki, dziki, rysie, żurawie i czaple. Przykładem gatunku, który dostosował się do presji człowieka niejako „za pięć dwunasta”, dosłownie na oczach pokolenia naszego i naszych rodziców, jest żuraw. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu był ptakiem wymierającym, przywiązanym do trzcinowisk i mszarów położonych z dala od wsi i miast; dziś żyje blisko nas, przynajmniej w Europie Zachodniej i w Polsce. Często widujemy go w ogromnych monokulturach kukurydzy. Wyraźnie zyskał na tym, że polubił człowieka i jego sztuczne środowiska, to zjawisko zwane jest naukowo synantropią. Niestety notuje się czasem akty agresji wobec tych pięknych i chronionych przez prawo ptaków, które – jak wierzyli nasi przodkowie – nosiły ludzkie dusze w zaświaty. Pozostałości tych wierzeń spotkamy jeszcze w radzieckich filmach wojennych.

W Warszawie nierozwiązany jest natomiast problem gołębi domowych. Radni nie uchwalili dotąd ani zgody, ani zakazu trzymania ich w ogródkach działkowych, co warszawiacy robili od pokoleń. Sąd administracyjny też umył ręce, stwierdzając, że gołąb nie jest zwierzęciem ani gospodarskim, jak krowa czy kura, ani ozdobnym, jak kanarek czy papuga, wobec czego sprawa ta nie leży w kompetencji sądu. Powstał więc stan pustki prawnej, kiedy hodowla gołębi nie jest ani dozwolona, ani zakazana.

Kilka lat temu uregulowano za to sprawę hodowli kóz, owiec i koni – podparto się przy tym przepisami dotyczącymi czystości i hałasu. Stwierdzono, że w miastach można trzymać trochę zwierząt gospodarskich, ale mniej niż na wsi, i tylko za zgodą sąsiadów oraz władz i pod warunkiem, że nie będą smrodzić ani hałasować. Dlatego na przykład koguta nie wolno trzymać w ogródku działkowym, ale kury już tak. Tak samo z kozami – w Bydgoszczy można trzymać jedną lub dwie kozy na własnej posesji w granicach administracyjnych miasta.

À propos kóz i owiec, to od kilku lat istnieje trend przywracania wypasu kulturowego w parkach narodowych, rezerwatach czy na innych cennych przyrodniczo obszarach. Dotyczy to głównie wsi, gdzie praktyka ta ustała kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu.

Czym jest wypas kulturowy?

Nowoczesny, gospodarczy wypas polega na tym, że człowiek ma na przykład koziarnię czy owczarnię i produkuje mleko albo wełnę, zwykle na skalę przemysłową. Zwierzaki siedzą głównie w boksach, ewentualnie przewozi się je między krajami i co pewien czas wypuszcza na pastwisku, pod opieką pasterzy i psów pasterskich. Dostają antybiotyki, szczepionki i sterydy, żeby rosły duże, silne i nie chorowały. Chodzi o to, żeby dawały dużo mleka i wełny. To są nowoczesne odmiany – z jednej strony wydelikacone, a z drugiej bardzo produktywne.

Natomiast wypas kulturowy bazuje na dawnych metodach i jest mniej intensywny, ale przyjaźniejszy przyrodzie. Przypomina praktyki tradycyjnych rolników z XVIII i XIX wieku, górali z czasów Janosika czy Żydów z dziewiętnastowiecznego Kazimierza Dolnego. Ustał kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu, a dziś powraca, by utrzymywać lub przywracać otwarte charaktery siedlisk rzadkich roślin czy zwierząt. Na Lubelszczyźnie i Opolszczyźnie właśnie tak chroni się na przykład siedliska susłów. Często robi się to w porozumieniu z parkami narodowymi i krajobrazowymi, zwłaszcza tymi górskimi, jak Tatrzański, Babiogórski, Magurski czy Bieszczadzki. Tam należy zachować tereny otwarte chociażby dla krokusów.

Co to ma wspólnego z miastem?

Otóż w krajach wysoko rozwiniętych stwierdzono, że tę praktykę można przenieść do środowiska miejskiego. Że przecież w miastach też można zakładać kwietne łąki albo nawet stanowiska zastępcze dla rzadkich gatunków roślin i zwierząt. I skoro one lubią być spasane przez owce czy kozy, to trzeba te zwierzęta trzymać w mieście. Albo przynajmniej warto by zaprząc te żywe kosiarki do walki z chwastami trawników takimi jak krwawnik czy mniszek lekarski. W najmłodszym z holenderskich miast – Almere – jest całe stado miejskich owiec i krów wypasających część trawników. Farma ulokowana w samym centrum stała się atrakcją turystyczną. Wypas kóz czy owiec w sercu miasta okazał się całkiem dobrym pomysłem także w San Francisco, a bliżej nas w Paryżu i Düsseldorfie. Rozległe trawniki zastąpiono tam ekstensywnie użytkowanymi pastwiskami dla beczących producentek mleka i wełny. Na zdjęciach ze stolicy Francji możemy zauważyć, że dawne metody wypasu oznaczają również powrót dawnych ras kóz i owiec.

Owce w Paryżu na Avenue de Breteuil, 2016, fot. Guilhem Vellut (CC BY 2.0)
Uniwersytet Kalifornijski, San Francisco, 2021, fot. citygrazing.org
Pastwiska wzdłuż Renu, Düsseldorf, fot. eud.leneurbanity.com

Czy znasz jakieś inne inicjatywy albo działania na rzeczy przyrody w mieście?

W Gdańsku działa Błękitny Patrol WWF oraz inne inicjatywy mające pogodzić plażowiczów z fokami, a surferów i pływaków z morświnami. Zdarza się niestety nękanie tych zwierzaków – ludzie rzucają w nie piłkami plażowymi albo patykami, kręcą im filmiki. A foka jest nie tylko chroniona prawem – potrafi też sama się odgryźć, równie mocno jak pies jej rozmiarów.

W miastach robi się dużo dla ptaków. Wiesza się budki lęgowe, a remonty budynków przeprowadza się z poszanowaniem gniazdujących w nich jerzyków. Dla tych ostatnich wznosi się nawet specjalne wieże – tak było chociażby w Lublinie, Toruniu, Piasecznie czy Białołęce.

Włodarze miast nierzadko finansują prelekcje dla mieszkańców oraz specjalistyczne szkolenia dla budowlańców. Stołeczne Towarzystwo Ochrony Ptaków urządza szkolenia w urzędach dzielnic, bibliotekach i szkołach. Warszawa ze swoją dziką Wisłą, prawdziwym „pojezierzem” na Ursynowie (stawy Nowe Ługi i Wąsal, naturalne jezioro Imielińskie, Zgorzała itd.) i, last but not least, sąsiedztwem rezerwatu Stawy Raszyńskie odgrywa ważną rolę w ochronie ptaków wodnych i błotnych, kojarzących się nam raczej z Mazurami czy Biebrzą.

Warto wspomnieć też o ośrodkach rehabilitacji i szpitalach dla dzikich zwierząt. Ratują one wiele dzików, łosi i innych zwierząt potrąconych przez samochody, co zwłaszcza w Warszawie, w związku z bliskością Puszczy Kampinoskiej, zdarza się dość często.

Świetnie działa Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, która stara się między innymi minimalizować wpływ budowy dróg na dziką przyrodę. Wydali poradnik projektowania takich przejść – żeby zachować drożność korytarzy ekologicznych, planuje się przepusty i przepławki.

Przepusty to części drogi, niekiedy cały most, zbudowana specjalnie z myślą o dzikich zwierzętach, jako przejście dla nich nad albo pod drogą. Dawniej robiono je, by przepuścić rzekę albo poprowadzić rury czy kable przez nasyp; dziś tworzymy je z myślą o dzikich zwierzętach, dla których szosa lub tory byłyby przeszkodą nie do pokonania.

Z kolei przepławki to konstrukcje pozwalające rybom wędrownym na pokonywanie sztucznych barier: progów, jazów i zapór. Bez nich zupełnie ustałyby wędrówki wielu gatunków ryb znoszących ikrę w górze rzeki, blisko jej źródeł, a spędzających większość życia w dolnym biegu lub nawet w morzu. Mowa tu nie tylko o powszechnie znanych z talerza i filmów przyrodniczych łososiach, lecz także o praktycznie wymarłych już u nas jesiotrach. Szczególnie ważne, choć niestety trudne do skonstruowania, a potem do konserwacji bywają przepławki dla węgorzy – jedynych europejskich ryb migrujących z wód słodkich do Morza Sargassowego, a nie tylko z delty do dolnego, lub rzadziej środkowego biegu rzeki, jak stornia. Dla węgorzy układa się specjalne, wypełnione szczotkami rury, kanały i rynny, często wyłożone wewnątrz także gałązkami. Wzrost świadomości ekologicznej i zamożności społeczeństw sprawił, że w najbogatszych krajach powstają przepławki także dla bezkręgowców.

Płazy natomiast chronimy na wiele innych sposobów. By ocalić je przed rozjeżdżaniem przez samochody, budujemy dla nich przepusty i grodzimy jezdnie. Zachowujemy i odtwarzamy też zbiorniki wodne, w tym miejskie sadzawki czy starorzecza. Świetnym przykładem ochrony płazów w dużym mieście jest użytek ekologiczny Traszki Ratajskie w Poznaniu. Traszki zimują w nasypach tramwajowych, a skrzek znoszą w stawach na osiedlu Tysiąclecia między torowiskiem a aleją Radziejewskiego. Lęgną się tam także inne rzadkie gatunki, w tym ropucha zielona i huczek ziemny. W przypadku Traszek Ratajskich ochrona obejmuje między innymi dostosowanie terminów konserwacji torowisk i koszenia trawników do cyklu życiowego płazów, zabezpieczenie stawów i tworzenie sztucznych zimowisk, na przykład z topolowych bali.

Poznań, użytek Traszki Ratajskie, Piaśnica, fot. Jakub Torenc (CC BY-SA 3.0)

Ochrona żab i traszek jest o tyle ważna, że płazy – już choćby z racji samej biologii – zanikają znacznie szybciej niż pozostałe grupy kręgowców. Oddychają one swoją cienką, stale wilgotną skórą, więc wszystkie zanieczyszczenia – zarówno z wody, jak i z powietrza – wnikają do ciała żaby znacznie prędzej niż do ciała gołębia, jaszczurki czy ryby. Dodajmy do tego światło UV powodujące raka i pasożytnicze grzyby skoczkowce. Właśnie dlatego na całym świecie ubywa płazów. Miasta stały się sztucznymi, ale też jedynymi ostojami dla wielu pięknych płazów tropikalnych, trzymanych w akwariach i terrariach dla przyjemności. Niejeden gatunek praktycznie całkowicie wymarł na wolności, za to jest wciąż dostępny w większych sklepach zoologicznych. Można tu wymienić chociażby aksolotla czyli neoteniczną salamandrę znaną z co drugiej szkolnej pracowni biologicznej.

Rośnie też świadomość samych ludzi. Nadal tępią szczury, ale wiedzą już, że nie należy zabijać popielic i badylarek, bo to są gatunki chronione. Sami deratyzatorzy chwalą się, że kunę, borsuka czy kreta odstrasza się dziś „humanitarnie”, bez zabijania i ranienia – stosują do tego repelenty identyczne z naturalnymi, śmierdzące odchodami drapieżników. Używają też urządzeń emitujących dźwięki niesłyszalne dla człowieka, a odstraszające zwierzaki, albo zakładają pułapki żywołowne; tak właśnie pozbyto się pary borsuków z Ogrodu Botanicznego w Powsinie w 2021 roku. Zostały delikatnie złapane, odkarmione i „deportowane” do lasów z dala od ludzkich siedzib.

Co można robić we własnym zakresie, żeby wspierać bioróżnorodność albo dzikość w mieście?

Można zrobić wiele rzeczy. Na przykład wieszać budki lęgowe dla ptaków, nietoperzy czy pewnych gryzoni, zwłaszcza rzadkich i miłych pilchowatych, ale także wiewiórek. Można zabezpieczać je prawdziwą korą albo pomalować ekologicznymi farbami, żeby były mniej widoczne dla drapieżników. Zimą warto dokarmiać ptaki, choć trzeba to robić z głową. Jeżeli słonina, to bez przypraw i soli! Nie powinna też wisieć dłużej niż dwa tygodnie, bo potem zjełczeje. Skoro dokarmiamy, to róbmy to regularnie, ale przerywajmy podczas dłuższych odwilży. Zwróćmy również uwagę na aktywność naszych kotów oraz kun w okolicach karmnika.

Taki karmnik za oknem bywa swoją drogą lepszy od smartfona i telewizora. Gdy nabierzemy wprawy, możemy pokusić się o zwabienie gatunków żerujących zazwyczaj z dala od ludzkich siedzib, na przykład tak zwanych miękkojadów, czyli drozdów i jemiołuszek. Można je znęcić tylko do dużych karmników, pełnych soczystych i mięsistych owoców, na przykład jabłek, oraz jarzębin, leśnych jagód i rodzynek. Dzięcioły z kolei da się zwabić orzechami. Sklepy zoologiczne oferują dziś gotowe kule z łoju, pełne ziaren słonecznika, prosa czy lnu – świetną zabawą może być też jednak przygotowanie ich samemu z nasion chwastów.

W pozostałych porach roku warto zatroszczyć się o poidełka i budki lęgowe dla naszych skrzydlatych sióstr i braci.

Oprócz tego warto też wybierać transport ekologiczny, segregować odpady i oszczędzać wodę. Nie strzelać w Sylwestra. Angażować się w różne akcje, podnosić własną świadomość i wiedzę. Akcje ochrony czynnej są bardzo zróżnicowane, więc każdy znajdzie tam coś dla siebie. Można pomagać porzuconym czworonogom, zbierać żołędzie i orzechy dla zwierzaków z zoo. Miłośniczki i miłośnicy ruchu mogą brać udział w letnim i zimowym koszeniu łąk i mokradeł. Zgodnie z zasadą „myśl globalnie, działaj lokalnie!” warto zobaczyć, co dzieje się w naszej najbliższej okolicy, i włączyć się w działania jednej z lokalnych grup OTOP.

Można też zerwać chodnik i samemu coś wysiać.

Są takie inicjatywy, na przykład ruch Beebombs, czyli miejska partyzantka ogrodnicza – robi się kule z nasionami i się je wysiewa. Z jednej strony to świetny pomysł, ale jednak pozostaje pytanie, jaka jest jego skuteczność, no i czy rzeczywiście nie bywa szkodliwy. Podczepiło się podeń wiele komercyjnych firm oferujących kule zawierające gatunki obce, inwazyjne w naszym regionie. Poza tym to, co jest nieużytkiem w oczach człowieka, może być cenną ostoją rzadkich bezkręgowców czy roślin. Jeśli rzucimy tam bombę kwietną i zamienimy je na gatunki ładne, uprawne czy ozdobne, to zamienimy siekierkę na kijek.

Czasem chcemy dobrze, a wychodzi źle.

Oczywiście! Na przykład w 2021 roku głośno było o pasiekach w Trójmieście. Miasto Gdańsk – podobnie jak wiele innych miejscowości oraz instytucji – chciało postawić kolejne ule w metropolii pod hasłem „ratowania zapylaczy”. Wzbudziło to przerażenie wśród naukowców, łąkarzy miejskich i zdrowo myślących pszczelarzy, taka beztroska intensyfikacja pogłowia pszczoły miodnej w gęsto zaludnionym terenie przynosi bowiem więcej szkód niż korzyści. Pszczoła miodna to tylko jeden spośród ponad 450 gatunków pszczół spotykanych w Polsce. Tym dzikim, zwykle samotnym pszczołom obecność wielotysięcznych rojów pszczoły miodnej szkodzi, i to mocno. Paradoksalnie w naszych metropoliach było dotąd całkiem dużo pszczół samotnych i trzmieli, gdyż powstały tam nowe ostoje w postaci łąk kwietnych i owadzich hotelików, zaczęto rzadziej kosić trawniki i zostawiono im „dzikie strefy” w parkach miejskich. Poza tym walka z komarami i meszkami w miastach toczy się obecnie z większym poszanowaniem reszty owadziego świata. Po drugie użądlenie pszczoły miodnej może się źle skończyć dla alergiczki, seniora lub malucha. Pszczoła wprawdzie atakuje rzadziej niż osa i może użądlić tylko raz, ale pszczelich robotnic w parku, a tym bardziej w pasiece, bywa naprawdę wiele. Wreszcie trzecia sprawa: rodzimość ras pszczoły miodnej. O ile pasiek nam przybywa, o tyle ubywa dawnych, dobrze dostosowanych do lokalnych warunków ras pszczoły miodnej. Do Trójmiasta zamierzano sprowadzić pszczoły krainki, pochodzące z Bałkanów, a hodowane głównie na południu Polski. Giną za to pszczoły rasy środkowoeuropejskiej, szczególnie z linii augustowskiej i kampinoskiej. Silny instynkt obronny tych dwóch ostatnich niestety nie predestynuje ich do roli wielkomiejskich zapylaczy.

Rzeczywiście dużo jest tych pułapek – nawet jeśli chcemy dobrze.

Faktycznie, jest ich sporo. Trzeba stale pogłębiać swoją wiedzę, by na bieżąco prawidłowo reagować. Warto też być gotowym do rewizji własnych poglądów. Świat nie jest czarno-biały ani nawet w nieskończonych odcieniach szarości. Przeciwnie! Lśni zielenią, to znów spływa czerwienią krwi. Uważam, że każdemu przydałoby się pewne minimum wiedzy o skomplikowanych związkach człowieka z przyrodą w czasach globalizacji w którym zwykle nie ma idealnych rozwiązań. Warto na przykład dowiedzieć się nieco więcej o żywności, zwłaszcza o jej wielorakich związkach z ochroną przyrody, z naszym zdrowiem i z jakością życia społeczności wiejskich oraz rdzennych plemion. Żywność eko/bio/organic i fair trade musi spełniać pewne ściśle określone warunki, jakich nie spełniają jej równie drogie podróbki. Warto zwracać uwagę, czy w naszych pokarmach znajduje się olej palmowy, którego produkcja niszczy środowisko, albo gdzie i jak złowiono ryby i owoce morza z naszego sushi. Czy na wakacjach podjadamy węgorze i sumy przekraczające wymiary ochronne?

Albo spójrzmy na rośliny ozdobne, torf i mech do uprawy kwiatów. Skąd pochodzą te rośliny? Z certyfikowanej hodowli czy może zrabowano je ze stanowisk naturalnych? Gdzie i jaką metodą ukopano torf pod nasze rododendrony i glinkę do kokedamy? Palącym problemem stają się także obce geograficznie gatunki inwazyjne. Nie wszystkie z nich można usunąć z naszej gospodarki. Obce gatunki nawłoci dostarczają wybornego miodu, ponoć łagodzącego skutki alergii u dzieci. Te piękne „mimozy” stanowią jednak zarazem ogromne zagrożenie dla europejskich roślin i motyli. Nie wolno beztrosko wypuszczać na wolność zwierząt i roślin z akwariów, wiele z nich zagraża bowiem rodzimym ekosystemom. Praktyczną naukę obserwacji i czynnej ochrony przyrody warto zacząć już w dzieciństwie, inaczej możemy paść ofiarą greenwashingu, czyli podawanych przez biznesmenów i rządy kłamstw na temat ich rzekomo proekologicznych działań.

 

Adam Kapler – niezależny botanik, łąkarz miejski, aktywista, historyk nauk ścisłych i dziennikarz naukowy, do niedawna związany z Ogrodem Botanicznym – Centrum Zachowania Różnorodności Roślin w Powsinie. Jako botanik zajmuje się między innymi biologią konserwatorską, genetyką i filogeografią gatunków ginących w Europie Środkowej, a także biologią i ekologią dziko występujących krewniaków roślin uprawnych (CWR). Współpracuje między innymi z czeskimi uniwersytetami w Hradec Kralove i Ołomuńcu, z Zielnikiem Wydziału Biologii UW, Instytutem Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Radzikowie, wieloma parkami narodowymi oraz Pomnikiem Historii „Krzemionki Opatowskie”. Zainicjował pierwsze krajowe warsztaty dotyczące CWR, był także współautorem pierwszej polskiej monografii na ten temat. Konsultował projekty artystyczne Ziemia Martynki Wawrzyniak, Green card Gregora Różańskiego i Urban feast. Edible map of migration Dagny Jakubowskiej. Przez ponad 14 lat zabezpieczał zasoby genowe rodzimych gatunków ginących i rzadkich. Jako „łowca roślin” zbiera nasiona i komponuje nowatorskie mieszanki na miejskie łąki dla firmy Łąki Kwietne Karol Podyma. Pisze felietony dla „Wysokich Obcasów” i portalu Ekologia.pl.