I ilość, i jakość

O roli i ochronie zapylaczy w miejskim ekosystemie z Justyną Kierat 
rozmawia Magda Grabowska

 

Po co nam zapylacze?

Jak sama nazwa wskazuje, zapylacze zapylają. Zapylanie jest etapem rozmnażania roślin nasiennych, prowadzącym do powstania nasion (i owoców u okrytonasiennych). Polega na przeniesieniu ziarna pyłku na znamię słupka. I mimo że zapylacze nie zawsze są do tego potrzebne, bo pyłek może zostać przeniesiony na przykład przez wiatr, to zdecydowana większość roślin okrytonasiennych świata, czyli prawie 90 procent, korzysta z przenoszenia ich pyłku przez zwierzęta. Część gatunków w ogóle nie może się bez tego rozmnażać, inne zaś dzięki zapylaczom rozmnażają się efektywniej – plon nasion oraz owoców jest większy i są one lepszej jakości. Nasiona i owoce niektórych gatunków roślin stanowią nasz pokarm albo są niezbędne do wyhodowania roślin, których inne części (na przykład korzenie) później zjemy. Oprócz takich bezpośrednich korzyści dla człowieka nie należy jednak zapominać o tym, że zapylacze odgrywają również ważną rolę w rozmnażaniu dzikich roślin, a te są przecież ważnym elementem ekosystemów i bioróżnorodności. 

Powiedziała Pani o żywności, o roślinach. Co by było, gdybyśmy stracili zapylacze? Jakie zagrożenia by się z tym wiązały?

Zacznę znów od tematu produkcji żywności, bo często jest on przywoływany w tym kontekście. Gdyby wszystkie zapylacze w jednej chwili magicznie zniknęły z powierzchni Ziemi, nie umarlibyśmy od razu z głodu, duża część naszego jedzenia to bowiem wiatropylne zboża. Odsetek gatunków zależnych od zapylaczy jest wśród roślin uprawnych mniejszy niż wśród okrytonasiennych. Zapylacze w dużej mierze przyczyniają się natomiast do zróżnicowania naszej diety. Jeśli chodzi o proporcję żywności powstającej przy udziale zapylaczy, to najczęściej szacuje się ją na jedną trzecią. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę nie ilość produkowanej żywności, lecz gatunki roślin uprawnych, to tych korzystających z zapylania przez zwierzęta będzie około trzech czwartych. Widać więc, że zapylacze wpływają nie tyle na ilość, ile na jakość naszego pożywienia. W ostatnim czasie udział upraw wymagających zapylaczy zaczął zresztą wzrastać. Kiedy myślimy o konsekwencjach zniknięcia zapylaczy ze środowiska, nie możemy zapominać o ich roli w zapylaniu dzikich roślin, ale warto także pamiętać, że zapylanie to niejedyna ich rola. Organizmy, które na pewnym etapie swojego życia są zapylaczami, w innych stadiach rozwojowych mogą być na przykład drapieżnikami – tak jak niektóre bzygi, które jako dorosłe odwiedzają kwiaty, a jako larwy żywią się mszycami. A ponieważ w uprawach mszyce mogą być uznawane za szkodniki, to larwy bzygów będą z naszego punktu widzenia bardzo pożyteczne jako ich naturalni wrogowie. Różne zapylacze same również są pokarmem dla innych zwierząt. Pełnią więc rozmaite funkcje w przyrodzie i właściwie trudno powiedzieć, co by się stało, gdyby znikły, bo ich brak byłby odczuwalny nie tylko w postaci braku zapylania. W przyrodzie różne elementy są ze sobą powiązane i zmiany w jednym z nich mogą pociągać za sobą różne konsekwencje, których czasem możemy nie być świadomi, dopóki się nie wydarzą. Wizja nagłego zniknięcia wszystkich zapylaczy jest raczej hipotetyczna, ale w żadnym wypadku nie powinno nas to uspokajać. To nie jest tak, że dopóki istnieje choćby jedna pszczoła, wszystko jest w porządku. Spadek liczebności zapylaczy – czy nawet tylko niektórych ich gatunków – może przynieść odczuwalne zmiany, a takie spadki liczebności (na przykład pszczół czy innych owadów) są niestety notowane przez naukowców w różnych miejscach świata. 

Czyli zapylacze to nie tylko pszczoły i owady.

Zapylać mogą nawet ślimaki i sikorki (chociaż te ostatnie prawdopodobnie nie odgrywają znaczącej roli pod tym względem). W naszych rejonach świata zapylaczami są przede wszystkim owady, a wśród nich – oprócz pszczół – motyle, chrząszcze czy bzygi. Te ostatnie należą do bardzo ważnej grupy muchówek. Gdyby pszczoły przestały odgrywać główną rolę jako zapylacze, możliwe, że przejęłyby ją właśnie muchówki. Na świecie ważne w zapylaniu są również kręgowce, na przykład owocożerne nietoperze, kolibry i inne ptaki, a także lemury czy jaszczurki.

A co utrudnia ich ochronę?

Zagrożeń jest wiele i mają różny charakter. Problem, o którym warto wspomnieć na pierwszym miejscu, to utrata siedlisk. Giną przez to nie tylko zapylacze. Postępująca urbanizacja, zajmowanie terenów na potrzeby rolnictwa, budowa dróg – na różne sposoby anektujemy przestrzeń dostępną wcześniej dla przyrody. Problem występuje zresztą nie tylko wtedy, gdy dane siedlisko zostanie zupełnie zniszczone, ale również wtedy, kiedy „tylko” je przekształcimy. Nie musimy zbudować parkingu na łące, by można było mówić o utracie siedliska. Wystarczy, że tę łąkę zmeliorujemy i zmienią się stosunki wodne, co sprawi, że część gatunków nie będzie mogła tam mieszkać. Gdy zamienimy łąkę na pole uprawne, wciąż będą mogły na nim żyć różne gatunki, ale już nie te, które były tam wcześniej. 

Problemem często wymienianym w kontekście zapylaczy – mówię tu przede wszystkim o pszczołach i innych owadach, bo to one pełnią u nas tę funkcję – są pestycydy. Wydaje mi się, że panuje dość powszechne przekonanie, że ich użycie jest konieczne, żeby szkodniki nie pożarły plonów i żeby nie zagroził nam głód. Tymczasem istnieją alternatywne, mniej destrukcyjne dla organizmów metody ochrony upraw, które można by stopniowo wprowadzać i zastępować nimi pestycydy. Jako przykład, że nie są to tylko oderwane od rzeczywistości pomysły, niech posłużą badania, na których opis niedawno trafiłam. Porównano uprawy chronione „standardowymi” metodami z tymi, przy których zastosowano alternatywne podejście. W drugim przypadku zużyto o 95 procent mniej pestycydów, a plony nie tylko się nie zmniejszyły, ale nawet wzrosły w przypadku jednej z upraw – właśnie dzięki lepszemu jej zapyleniu. Problem polega na tym, że takie alternatywne metody nie są odpowiednio rozpowszechnione, brakuje edukacji na ich temat. Wciąż o wiele prościej jest nie zastanawiać się i użyć pestycydów. Zresztą służą one niestety do ochrony nie tylko upraw, ale również zieleni ozdobnej. Zatruwamy więc owady, by zaspokoić nasze potrzeby estetyczne. Także odkomarzanie w miastach nie jest, powiedzmy sobie szczerze, wyższą koniecznością – komary mogą być uciążliwe, ale póki co nie mamy problemu na przykład z malarią.

Koszenie trawników – to ostatnio głośny temat – również jest problemem dla owadów, bo skoszony trawnik staje się dla nich „zieloną pustynią”, na której nie znajdą pokarmu. Cierpią też dzikie rośliny, które nie mają dość czasu, by zakwitnąć i wydać nasiona. Nasze upodobanie do koszenia to także w dużej mierze kwestia gustu: wielu osobom podobają się przystrzyżone trawniki. Estetyka jest rzeczą subiektywną i sądzę, że jest nadzieja na to, że stopniowo oswoimy się z tymi „dzikszymi”, bujniejszymi trawnikami, i one także zaczną nam się podobać. Są też inne argumenty wysuwane przeciwko rzadziej koszonym trawnikom, takie jak rozwój kleszczy czy sprzyjanie alergiom. Badania naukowe nie zawsze potwierdzają jednak zasadność takich obaw, a wręcz pokazują, że koszenie trawników może nasilać to, przed czym chcemy się uchronić. Na przykład bardziej sterylne środowisko sprzyja rozwojowi alergii, a na częściej koszonych powierzchniach mogą rozwijać się obce gatunki roślin o silnych właściwościach alergizujących. 

Przejdźmy do rozwiązań. Co można zrobić, żeby poprawić stan populacji zapylaczy? Zacznijmy od poziomu centralnego.

Żeby chronić zapylacze, ważne jest działanie na różnych poziomach, nie tylko indywidualne starania osób świadomych ich roli w przyrodzie, ale też wprowadzanie pewnych regulacji prawnych, takich jak ograniczenia w użyciu pestycydów. Warto pamiętać, że nie wszystkie pestycydy są takie same. Różne substancje mają różny poziom szkodliwości dla danej grupy organizmów. Można zakazywać stosowania tych, których szkodliwość została udowodniona. W niektórych regionach Kanady wprowadzono ograniczenia stosowania pestycydów do celów „kosmetycznych”, czyli nie przy produkcji żywności, ale na przykład do ochrony zieleni ozdobnej – i takie rozwiązanie z pewnością zasługuje na uwagę. 

Obok zakazów ważne są też zachęty do podejmowania pozytywnych działań – na przykład tych zmierzających do czynienia siedlisk bardziej przyjaznymi dla zapylaczy. Na terenach rolniczych jednym z zagrożeń są monokultury. Nawet jeżeli uprawa w danym momencie kwitnie i daje pożytek zapylaczom, to nie wszystkie mogą z tego skorzystać w równym stopniu. Niektóre gatunki mają węższe lub szersze preferencje pokarmowe i potrzebują konkretnych gatunków roślin, ale nawet dla generalistów różnorodność pokarmu jest ważna. Oprócz niego potrzebne są też siedliska do zakładania gniazd, których w jednolitej strukturze monokultury może brakować. Warto zatem zachęcać do pozostawiania miedz i zadrzewień śródpolnych oraz do dbania o istniejącą na nich roślinność („chwasty”) czy dosiewania odpowiednio dobranych gatunków. Dosiewki powinny być jak najbardziej zbliżone do składu gatunkowego występującego dziko w danym miejscu. Trzeba unikać obcych, inwazyjnych gatunków roślin, albo wręcz je tępić. Można tutaj wskazać kolejne zadanie dla państwa – właściwe, zgodne z wiedzą naukową ustalanie list gatunków inwazyjnych oraz przepisów dotyczących postępowania z nimi. Jest w tym względzie co poprawiać – na przykład nawłoci kanadyjskiej nie ma na liście gatunków inwazyjnych, przez co można legalnie kupić jej nasiona, sprzedać ją i wysiać, mimo że to jest bardzo groźny gatunek inwazyjny.

Przy planowaniu nowych inwestycji w mieście należy pozostawiać powierzchnię biologicznie czynną, żeby wszystkiego, mówiąc potocznie, nie „zabetonować”. Dzikie pszczoły niezbyt chętnie się przemieszczają – u wielu gatunków samica nie oddala się od swojego gniazda na więcej niż kilkadziesiąt czy kilkaset metrów. Nie wystarczy więc pozostawić dla nich „obwarzanka” zieleni na przedmieściach. Jeśli chcemy, żeby samo miasto nie było całkowitą pustynią dla zapylaczy, musimy zadbać o odpowiednie siedliska i połączenia między nimi (czyli korytarze ekologiczne) również w jego obrębie. Przydatne byłyby regulacje prawne gwarantujące pozostawianie miejsca dla przyrody przy nowych inwestycjach. 

Co jeszcze można zrobić na poziomie miasta?

Jest wiele możliwości. Zarządy zieleni mogą, tak jak to ma miejsce w Warszawie, rzadziej kosić trawniki; mogą też tworzyć łąki kwietne, dbając o to, by były one ostoją bioróżnorodności, a nie rabatkami z kwiatów ozdobnych. Nawet jeżeli w jakiejś kwestii nie ma regulacji na poziomie krajowym, miasto może realizować dobre praktyki na swoim terenie i na przykład zdecydować, że nie będzie odkomarzać czy stosować pestycydów w parkach. Poza tym to do miasta należy decyzja o zagospodarowaniu przestrzennym, czyli między innymi o tym, czy i ile miejsca pozostawimy dla przyrody. Ratusz może też finansować i wspierać projekty edukacyjne pokazujące mieszkańcom, że obok nas jest przyroda. 

A praktyki oddolne, na przykład stowarzyszenia mieszkańców?

Jest wiele mniejszych i większych inicjatyw czy stowarzyszeń robiących świetne rzeczy w dziedzinie ochrony przyrody. Nie będę nawet próbowała wymieniać tych „najlepszych”, bo trudno byłoby robić tu jakieś rankingi; wspomnę tylko o kilku, które przychodzą mi w tej chwili do głowy. Fundacja Szklane Pułapki zajmuje się zagrożeniem, jakim są dla ptaków szklane powierzchnie – szyby budynków, ekrany czy wiaty przystankowe. Jej działacze zwracają uwagę na ten problem, starają się go rozwiązywać i edukować w tym zakresie społeczeństwo. W moim mieście mamy Akcję Ratunkową dla Krakowa, czyli grupę zaangażowanych mieszkańców, którzy monitorują miejskie inwestycje pod kątem ich wpływu na przyrodę, wyłapują te, które jej szkodzą, i starają się wpływać na poprawę planów. Są też prężnie działające osoby, które monitorują remonty pod kątem bezpieczeństwa ptaków i nietoperzy w budynkach, jak warszawski Ptasi Patrol Fundacji Noga w Łapę. Akcją na szerszą, ogólnokrajową skalę – wspominam o niej, bo poświęcona jest konkretnie zapylaczom – jest „Adoptuj Pszczołę” Greenpeace’u. Jej zaletą jest to, że organizacja współpracuje z ekspertami zajmującymi się zapylaczami, czego efektem było na przykład wydanie Narodowej Strategii Ochrony Zapylaczy. Miała ona zostać wdrożona jako zbiór dobrych praktyk i wytycznych na poziomie państwowym. To się niestety nie udało, dokument wciąż może jednak służyć jako lektura, która podpowie, co na różnych poziomach – również indywidualnym – można zrobić dla zapylaczy. 

Latem 2021 roku głośno było o liście naukowców do Prezydent i Rady Miasta Gdańska z apelem o niezakładanie kolejnych miejskich pasiek. Zwracaliście w nim uwagę na fakt, że pszczoła miodna może stanowić zagrożenie dla rodzimych gatunków dzikich pszczół. Była Pani jedną z osób, które podpisały ten list. Proszę opowiedzieć, o co chodziło?

Apelowaliśmy o wstrzymanie się ze stawianiem nowych pasiek, a zamiast tego postulowaliśmy spojrzenie na potrzeby wszystkich pszczół, związane przede wszystkim z zapewnieniem pokarmu, miejsca do gniazdowania oraz ochroną ich siedlisk od zanieczyszczeń i pestycydów.

Gdy mówi się o ratowaniu pszczół, niektórzy interpretują to w ten sposób, że trzeba sprawić, by pszczół było więcej – jakichkolwiek. A jeśli tak, to najprostszym sposobem na to jest postawienie pasieki. Z jednym ulem zyskujemy rodzinę, w której w sezonie może mieszkać kilkadziesiąt tysięcy robotnic. W ochronie pszczół chodzi jednak nie tylko o ilość, ale również o różnorodność gatunkową. W Polsce mamy ponad 470 gatunków pszczół, wiele z nich można spotkać w miastach. W granicach Poznania i Bydgoszczy stwierdzono na przykład po ponad 200 gatunków pszczół, czyli około połowy wszystkich gatunków występujących w Polsce. W Warszawie też można spotkać różne ciekawe gatunki. Na Bemowie widziałam bardzo rzadką obrostkę ciemnonogą i chronioną rozrożkę chabrową, w innym miejscu – ale wciąż w granicach miasta – rozrożkę krwawnicową. Pszczoła miodna w dużych zagęszczeniach może być dla tych dzikich pszczół konkurencją do pokarmu. Jest to groźne szczególnie wtedy, kiedy nie ma wystarczającej bazy pokarmowej i trzeba się nią podzielić. Pszczoła miodna może też przenosić wirusy, pasożyty itd. Stanowią one problem dla pszczelarzy, ale mogą na tym cierpieć również pszczoły dzikie, które spotykają się z miodnymi na kwiatach i zarażają się tymi pasożytami. Są choroby, które nie występowały w danym miejscu, ale zostały „importowane” wraz z hodowlanymi pszczołami miodnymi i zaraziły dzikie gatunki. To trochę jak z pandemią, z którą obecnie się zmagamy. Pojawienie się nowego patogenu, do walki z którym dany gatunek nie jest przystosowany, to nie jest niespotykana sytuacja w przyrodzie. Pszczoły również miewają takie problemy. 

Nawet dla samej pszczoły miodnej stawianie pasiek nie jest formą ochrony, bo nie rozwiązuje żadnego z jej problemów, takich jak właśnie nękające ten gatunek choroby, nie zawsze wystarczająca baza pokarmowa czy zanieczyszczenie środowiska. Warto pamiętać także o tym, że mamy w Polsce dziki, rodzimy podgatunek pszczoły miodnej, który niestety jest rzadko hodowany, bo pszczelarze chętniej wybierają pszczoły o pożądanych, wyselekcjonowanych cechach użytkowych. Pszczoły te mogą dodatkowo krzyżować się z dziko żyjącymi pszczołami miodnymi rodzimego podgatunku. Przez to tych dzikich pszczół miodnych już prawie u nas nie znajdziemy. Postawienie ula nie rozwiąże zatem problemów pszczół miodnych, a te pszczół dzikich mogą się wręcz nasilić. To bardzo smutne, bo wiele osób chce coś takiego zrobić w dobrej wierze. 

Chciałabym jeszcze podkreślić, że nie jestem przeciwna stawianiu uli w ogóle. Pasieki mogą być zakładane z różnych powodów – ktoś chce mieć miód, ktoś inny chce mieć pszczoły do zapylania wielkopowierzchniowych upraw (które, jak wspominałam, nie są przyjaznym siedliskiem dla dzikich pszczół), wreszcie ktoś traktuje pszczelarstwo jako hobby. Chciałabym natomiast, by zakładanie pasiek nie było postrzegane jako forma pomocy pszczołom. Wręcz przeciwnie: gdy zakłada się pasiekę, warto traktować ją jako potencjalne zagrożenie dla zapylaczy i próbować redukować ten wpływ – można na przykład zadbać o to, żeby liczba uli w naszej pasiece nie była zbyt duża, zwiększyć ilość dostępnych dla pszczół kwiatów w najbliższej okolicy oraz dbać o zdrowie swoich podopiecznych.

Już wiem, czego nie robić: nie zakładać ula. Zatem co mogę zrobić, jako mieszkanka miasta, żeby wesprzeć zapylacze?

Co zrobić, żeby pomóc pszczołom? Nie stosować pestycydów. I sadzić kwiaty! Im jest ich więcej, im bardziej różnorodne gatunkowo i zbliżone do tego, co rodzime i co rośnie dziko w danym miejscu, tym lepiej. Nie ruszać miejsc, w których takie rośliny już rosną, tylko ewentualnie coś podsiać, wzbogacić, najlepiej pod okiem botanika. Pole do popisu zaczyna się wtedy, kiedy mamy ogródek albo balkon. Możemy go urządzić tak, by przez cały sezon kwitło w nim dużo pyłko- i nektarodajnych roślin. Nawet najmniejszy płat kwitnącej roślinności ma znaczenie dla pszczół. Jeśli takich miejsc będzie dużo i będą gęsto rozmieszczone, pszczoły zaopatrujące swoje gniazda będą miały większe szanse na znalezienie odpowiedniego pokarmu w pobliżu.

Jedzenie jest kluczowe, ale owady muszą też gdzieś gniazdować. To ważne nie tylko dla pszczół, ale także dla innych gatunków, na przykład dla motyli, których larwy żerują na różnych roślinach i często są dość mocno wyspecjalizowane pod względem zjadanych gatunków. Warto zostawić w ogrodzie jakieś trochę dzikie, zachwaszczone i nieuporządkowane miejsce. Pokrzywy są sztandarowym przykładem, że ta strategia popłaca – niby brzydkie, kłujące i parzą, ale rozwijają się na nich gąsienice rusałki pawika i pokrzywnika. Nie ma pokrzyw – nie ma pięknych rusałek. Takie miejsca mogą być też miejscem gniazdowania dla dzikich pszczół. Wiele gatunków gniazduje w pustych łodygach roślin. To właśnie dla nich robimy hotele dla owadów, z bambusowymi czy trzcinowymi rurkami imitującymi naturalne siedliska. Zamiast stawiać hotel, możemy po prostu zostawić w ogrodzie rośliny o pustych łodygach, których nie zetniemy na zimę, czy też kawałek nadpróchniałego, podziurawionego przez larwy chrząszczy drewna. 

Większość gatunków pszczół gnieździ się w ziemi. Niejednokrotnie mogą zakładać kolonie gniazd na krótko przystrzyżonych trawnikach albo na wydeptanych ścieżkach. Takie kolonie funkcjonują inaczej niż rodziny pszczoły miodnej – samotnice nie żądlą w obronie gniazd, więc taka kolonia jest bezpieczna dla ludzi i zwierząt. Najlepsze, co możemy dla nich zrobić, to zostawić je w spokoju, tymczasem wiele osób reaguje paniką na latające pszczoły, szczególnie na wiosnę, gdy samce kłębią się tam w dużych ilościach, czekając na samiczki. Dla osoby, która nie wie, co się tam dzieje, może to wyglądać strasznie, często kojarzy się z rojem pszczół miodnych (który notabene wygląda zupełnie inaczej i, co ciekawe, zasadniczo również nie jest groźny dla ludzi). To jest moment, kiedy edukacja odgrywa olbrzymią rolę. Jeśli zauważymy kolonię dzikich pszczół na osiedlu, to warto powiedzieć sąsiadowi, że nie musi się bać, że coś go użądli, gdy wychodzi na spacer z pieskiem. W Krakowie parę lat temu była kolonia porobnicy włochatki, która jest chronioną samotnicą. Rozdawaliśmy wtedy ulotki w sklepikach mieszczących się w jej pobliżu, mówiliśmy o tym, że te pszczoły są nieszkodliwe i pożyteczne. Niestety znalazł się ktoś, do kogo nie dotarliśmy albo kto nam nie uwierzył, i kolonia została zniszczona, ziemia z gniazdami rozkopana. To jest zupełnie niepotrzebna strata. Trzeba robić wszystko, żeby unikać takich zdarzeń.

Jeśli chcemy poczuć, że coś robimy i że wkładamy w działanie fizyczny wysiłek, to można zaangażować się w usuwanie gatunków inwazyjnych. Wspomniana już przeze mnie nawłoć kanadyjska, mimo że jest rośliną odwiedzaną przez zapylacze, w ogólnym rozrachunku wpływa na nie negatywnie, bo wypiera wszystkie inne rośliny w swoim sąsiedztwie. Podobnie jest z niecierpkiem gruczołowatym czy rdestowcem, a to tylko początek długiej listy inwazyjnych gatunków roślin. Zawsze na pierwszym miejscu powinniśmy dbać o to, by nie zaszkodzić przyrodzie, chcąc jej pomóc, dlatego jeśli nie jesteśmy specjalistami, powinniśmy poszukać przyrodników, którzy nauczą nas rozpoznawać inwazyjne gatunki i wskażą najskuteczniejsze metody walki z nimi. Zdarzają się organizowane na przykład przez stowarzyszenia przyrodnicze czy pracowników Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska akcje zwalczania gatunków inwazyjnych (na przykład barszczu Sosnowskiego czy rdestowca), przy których potrzeba wolontariuszy. Można też samemu spróbować zainicjować takie przedsięwzięcie: poszukać osoby, która będzie mogła pomóc merytorycznie (na przykład nauczyć, jak rozpoznawać i zwalczać dany gatunek), a ze swojej strony zaoferować czas i gotowość do pracy. 

Chciałabym przejść do tematu miast – a dokładniej dzikości i zwierząt w miastach. Co w szerszym kontekście mogę zrobić dla bioróżnorodności w mieście? 

Działania, o których wcześniej mówiłyśmy, takie jak pozostawianie w mieście (czy to w parku, czy we własnym ogrodzie) „dzikich” zakątków albo tworzenie „łąk kwietnych” obsianych gatunkami dzikich roślin, są korzystne nie tylko dla pszczół, ale także dla innych organizmów. Możemy je zatem polecać jako formy wspierania miejskiej bioróżnorodności w ogóle. Na pewne rzeczy ważne z perspektywy ochrony przyrody mieszkańcy nie mają jednak tak bezpośredniego wpływu jak na zagospodarowanie własnego ogrodu, bo zależą one od władz miasta czy różnych instytucji. Każdy z nas może jednak monitorować działania tych instytucji i w razie potrzeby zgłaszać swoje spostrzeżenia lub reagować, kiedy przyrodzie dzieje się krzywda. Możemy na przykład wziąć udział w konsultacjach na temat zagospodarowania pobliskiego parku miejskiego. Możemy też – i powinniśmy! – reagować, jeśli zauważymy, że remont elewacji budynku zagraża gniazdującym tam ptakom lub żyjącym w środku nietoperzom. Możemy naciskać na odpowiednie instytucje, żeby odpowiednio okleiły szklane ekrany akustyczne, których szyby nie mają żadnych zabezpieczeń albo mają naklejone sylwetki ptaków, które są zabezpieczeniem nieskutecznym (takie śmiertelnie niebezpieczne ekrany akustyczne wciąż jeszcze można spotkać w polskich miastach). Ważne jest obserwowanie tego, co dzieje się wokół, a także to, żeby głos osób, którym zależy na przyrodzie, był słyszalny. Dzięki determinacji i zaangażowaniu można niejednokrotnie naprawdę wiele zdziałać. 

Tak jak chyba w każdym temacie, także tutaj ważna jest edukacja. Niektórzy z nas postrzegają przyrodę w mieście jako zagrożenie – boimy się, że zwierzęta mogą nas zaatakować albo zarazić jakąś chorobą, z drzewa może nam spaść na głowę konar, a w roślinności kryją się kleszcze. W tym strachu umyka nam pozytywna rola przyrody, również tej miejskiej, w naszym życiu. A przecież pojawiają się badania pokazujące, że kontakt z przyrodą wpływa pozytywnie na nasze zdrowie, nie tylko psychiczne, ale również fizyczne. Zieleń pomaga nam w walce z zanieczyszczeniem powietrza oraz z falami upałów, z którymi – przy obecnych zmianach klimatu – jeszcze wielokrotnie będziemy musieli się mierzyć. Drzewa mogą nas z jednej strony zabić konarem – choć to bardzo mało prawdopodobne – a z drugiej strony mogą sprawić, że będzie nam latem chłodniej w mieście; mogą także pomóc nam w walce ze smogiem. To bardzo ważne, żeby postrzegać przyrodę nie jako wyłącznie zagrożenie i utrudnienie, ale jako pełnoprawnego mieszkańca miast i naszego sprzymierzeńca. Tutaj właśnie konieczna jest szeroko zakrojona edukacja przyrodnicza mieszkańców. Możemy ją wspomagać, rozmawiając z rodziną czy sąsiadami. 

Czy Pani zdaniem przyroda powinna wejść głębiej do miasta?

Jako biolożce trudno byłoby mi zaprzeczyć, szczególnie w kontekście zmian klimatu i utraty bioróżnorodności na świecie. Oczywiście powinniśmy dążyć do tego, żeby przyroda była w mieście obecna. Ona tak naprawdę już tu jest, mimo że niejednokrotnie czynimy jej różne utrudnienia. Nie wszystkie gatunki są w stanie przeżyć w mieście, ale wiele znajduje tu dla siebie miejsce – często są przy tym jednak na tyle skryte, że ich po prostu nie dostrzegamy. Posłużę się przykładem mi najbliższym, czyli pszczołami, choć jestem przekonana, że biolodzy zajmujący się innymi grupami zwierząt, roślin czy grzybów potrafiliby podać analogiczne przykłady ze swoich dziedzin. Wspominałam już, że miasta mogą zaskakiwać zarówno liczbą występujących w nich gatunków pszczół, jak i ich składem gatunkowym. Do przywołanych wcześniej przykładów rzadkich pszczół żyjących w miastach warto dodać zadrzechnię fioletową, bardzo rzadką w Polsce pszczołę do niedawna uznawaną za wymarłą, którą kilka lat temu odnaleziono we Wrocławiu. 

Czy są granice tego wdzierania się przyrody do miast?

Sądzę, że tę granicę wyznaczają konflikty na linii człowiek–przyroda, oraz moment, gdy pojawia się faktyczne zagrożenie albo duże utrudnienia dla mieszkańców. Ustalenie tego momentu w praktyce nie jest łatwe. Z jednej strony trudno nie zgodzić się, że przewrócone w czasie burzy na drogę drzewo trzeba usunąć, a zabłąkany w centrum miasta łoś nie powinien w nim pozostać. Z drugiej, jak wspominałam, część ludzi ma niską tolerancję wobec przyrody; przykład: trudno wyobrazić sobie, że można by wyciąć wszystkie drzewa, narażając ogół mieszkańców na szereg negatywnych konsekwencji, tylko dlatego, że komuś bardzo przeszkadzają opadające liście albo panicznie boi się spadających konarów. Pomiędzy tymi dwiema skrajnościami jest natomiast całe spektrum sytuacji z codziennego życia, gdzie korzyści i uciążliwości wynikające z obecności przyrody w mieście ścierają się ze sobą – naszym zadaniem jest ich ocena i wyważenie. 

Trzeba pamiętać, że konflikty można rozwiązywać na różne sposoby. Niekoniecznie trzeba się pozbywać elementu generującego napięcia; czasem można podjąć takie działania, które pozwolą nam koegzystować z przyrodą w zgodzie. Na przykład jeśli mamy drzewo budzące obawy, że przewróci się na ścieżkę, można je ściąć, ale można także sprawdzić, czy nie da się go odpowiednio zabezpieczyć. Decyzja, co zrobić w konkretnym przypadku, powinna być zawsze podejmowana z udziałem osób, które są specjalistami w danej dziedzinie. I mam tu na myśli tematy dotyczące konkretnych gatunków czy obszarów, wokół których toczy się konflikt, bo nie każdy przyrodnik czy biolog musi dysponować szeroką wiedzą na każdy temat. 

Dzikie pszczoły same w sobie zasadniczo nie generują w mieście większych konfliktów – w przeciwieństwie do pszczoły miodnej nie żądlą w obronie swoich gniazd, więc są „bezpiecznymi” sąsiadami. Konfliktowy może być natomiast temat utrzymania trawników miejskich, a dokładniej wprowadzanie reżimu rzadszego koszenia, co sprzyja zapylaczom oraz innym drobnym zwierzętom, no i roślinom. Jak przy każdym konflikcie, tutaj także trzeba szukać kompromisu, a w przypadku koszenia pole do jego wypracowania jest naprawdę duże. Pomiędzy przystrzyżonymi połaciami trawników a chaszczami ograniczającymi widoczność na skrzyżowaniach jest wiele stanów pośrednich, i to właśnie do nich powinniśmy dążyć. Dobrą praktyką jest wykaszanie wąskiego pasa bezpośrednio przy ścieżkach czy chodnikach i pozostawianie wyższej roślinności nieco dalej od nich. W parkach można zaaranżować przestrzenie z krótko ściętą trawą, przeznaczone do rekreacji – choćby rozłożenia koca czy zagrania w jakąś grę na świeżym powietrzu, a gdzie indziej pozostawić przestrzeń niezagospodarowaną, gdzie owady i rośliny mogłyby się w spokoju rozwijać. Miejsca przy drogach, gdzie wysoka roślinność mogłaby ograniczać widoczność, powinny być koszone, z kolei dalej od drogi, gdzie nie ma takiego ryzyka, można kosić rzadziej. Jeśli będziemy kosić tylko w miejscach, gdzie faktycznie jest to potrzebne, to zostanie jeszcze naprawdę sporo przestrzeni, którą możemy bez szkody dla siebie oddać przyrodzie. 

Podsumowując Pani wypowiedzi, mam dwa wnioski. Pierwszy jest taki, żeby monitorować i słuchać ekspertów.

Tak, trzeba monitorować. Powinniśmy interesować się tym, co się dzieje w mieście.

Drugi wniosek jest taki, że liczy się nie ilość, lecz jakość.

Albo może raczej: ważna jest i ilość, i jakość. Trzeba pamiętać, że wielkość populacji ma znaczenie – bardzo mała populacja może wyginąć właśnie dlatego, że jest mało liczna. Ilość (siedlisk, zasobów przyrodniczych itp.) jest więc istotna, ale nie można też zaniedbywać jakości.

dr Justyna Kierat – biolożka, absolwentka Wydziału Biologii UJ. Jej zainteresowania badawcze obejmują murarkę ogrodową i inne dzikie pszczoły, głównie samotne. Należy do ruchu Nauka dla Przyrody i zajmuje się edukacją przyrodniczą, jest też ilustratorką. Autorka książki Pszczoły miodne i niemiodne.